środa, 22 lutego 2017

Poranek

Ziemia zaczęła przypominać sale w szpitalu dla wariatów. Wszędzie przenikliwie odbijające się światło bieli.
Drzewa ubrane w kaftany bezpieczeństwa, próbują uwolnić się z tych spętanych na sobie sznureczków szaleństwa. Białe myszki, pochowały się pod stertą, suchych, zmurszały liści.
Jest chociaż jedna namiastka normalności. Czarne ptaki na gałęziach zrzucają warstwy puchu na ziemię.
Chociaż nie do końca, sroka przechodzi przemianę, w swoim już biało czarnym surducie. Otwiera szeroko dziób i strzela dźwiękami jak z karabinu.
Rozglądam się, ale płatki śniegu zaglądają mi do oczu, boleśnie dotykając kolorowych tęczówek. Nos mi posypują i policzki muskają drażnią do czerwoności skórę. Uszu nie dosięgnie, bo mam już czapkę oblepiona jak bałwan, która mnie przed zimnem chroni.

Cudnie, muszę się  skupić na zasypanej drodze. Zatracona granica chodnika, nie mogę spaść z krawężnika.
Szare niebo nie ma nic do zaoferowania. Zasłoniło ciepło tego, które rozgrzewa świat swoimi wiązkami radości i życiodajnej mocy.
Pomarańczowe buty, zatapiają się w miękkiej warstwie. Pozostawiając po sobie głębokie ślady.

Masa oblepionych świeżo przysypanych ludzi, wsiądzie za chwilę, tak jak ja do czerwonego autobusu.
Roztopią się w jego cieple i jak tu normalnie funkcjonować, w przemoczonych butach. 

 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz