niedziela, 26 lutego 2017

Słowo

  Stało spokojnie zamyślone, ale z wyrazem na twarzy psocącego dziecka- coś kombinowało.
Po chwili chwyciło pióro do ręki. Zamoczyło w kałamarzu i zaczęło skrobać, po delikatnie białej powierzchni pergaminu.
  Coraz szybsze ruchy ręki, wskazywały na jakiś poważny wyrzut emocji. Burza mózgu, tysiące małych zwariowanych niewidzialnych jeszcze istot, zwanych myślami. Ruszyły w wir świadomości. Co to był za widok, wybuch supernowej, niewidoczny z Ziemi bez odpowiednich urządzeń. Ale jakie wzbudzały nieograniczone przypływ energii. Wszystko stawało się jasne i wyraźne. Zdania logiczne, wypływały z każdym ruchem pióra. Trochę niekształtne litery, sprawiały wrażenie chaosu. To w tym momencie nie było najważniejsze.
  Liczył się przekaz z wnętrza, transmisja na żywo. Zdawanie relacji przebiegu wewnętrznych wydarzeń. Co za przepychanka, z krzykami poprzeplatanymi radosnymi hasłami. Transparenty wznosiły się w górę. Rzucały garściami małe tabliczki od scrabbli. Zabawa trwałaby w najlepsze gdyby nie, to że w kałamarzu skończył się tusz. Słowo zostało samo z niezrealizowanym przekazem myśli. Euforia opadła i tyle w temacie.

sobota, 25 lutego 2017

Mleko


Niesmaczne mleko
to przez to że
krowa miała kwaśną
minę
kiedy je oddawała
nie swojemu dziecku.

Bąbel


Bąbel wieki,
wyskoczył znienacka z patelni.
Kucharz zatańczył z nim
trzy kroki odskakując w tył.
Reszta mniejszych braci wtórowała,
tocząc przepychanki z kroplami.
W oparach gorących,
smażą się frytki rumieniąc,
a on boi się podejść do kuchenki.

piątek, 24 lutego 2017

Zimowy pejzaż


Z nieba przedzierały się drobne wiązki światła. Oświetlony punktowo, skąpany w szarościach krajobraz, nabierał ciepłego oddechu. Poprzeplatany palcami śnieżnej pani, która zaznaczała swoją obecność na wszystkim czego zdołała dotknąć. Ubrała drzewa w białe płaszczyki do ziemi. Nakładając im na korony diamentowe kryształki.
Mieniły się teraz dostojnie, zerkając na ziemie, na której rozciągające się bez końca miękkie dywany, nie miały końca. Kraina wielkiego zimna miała towarzystwo.

Wiatr swoim oddechem dmuchał jej w oczy. Z zadowoleniem patrzył na wypływające z jej oczu łzy. Niekształtne krople rozrywał i rozmazywał na jej zastygającej bez emocji twarzy. Szkliła się tafla na wodzie. Skute kry lodem wypiętrzały się ponad kiedyś spokojna toń wody. Wrona maszerowała po grudach oblepionych śniegiem. Chociaż raz mogła swobodnie kroczyć, swoimi drobnymi nogami po zamarzniętym jeziorze.
Wschodząc słońce, bawi się skacząc po ostrych krawędziach lodowych wzniesień. Tworzy ścieżkę w stronę horyzontu.

Lecące słone krople wtapiają się w chodnik, po którym przejdzie nie jeden człowiek. Ona stoi jeszcze przez chwilę. Zanim on znowu mocnym podmuchem ostudzi do końca jej ciało. Przeszywają ją dreszcze, to już czas ruszyć w drogę. Tam gdzie wiatru chłodu nie poczuje nigdy więcej. Zaciska usta i zaczyna biec. W wydychanym powietrzu cząsteczki pary osadzają się na kobiety szaliku. Dziadek mróz poprawia go delikatnie. Biała pani, wysyła za nią swoje białe iskrzące się w słońcu płatki. Wicher podąża za nią, ale już nie ma na tyle siły żeby ją dogonić. W końcu jest wolna.

czwartek, 23 lutego 2017

Myśli ulotne


Rozpędzone biegną
Pomiędzy sekundami
Poganiane wskazówką
Jak nitka długą
Wyskakują czasami
Z karuzeli wrażeń
Żyją własnymi marzeniami
Tworząc swoje nowe palny
Zerkają na życia tarczę
I odmierzają czas
Który im na wolności pozostał
Tańczą chwytając się za ręce
Wyrastają im skrzydła
Wzbijają się w przestworza
Beztrosko bujają w obłokach
Dotykają ich ulotności
Żeby za chwile pikować w dół
Z powrotem na swoje miejsce
Popędzane każdą minutą
Upływającego szybko życia

środa, 22 lutego 2017

Poranek

Ziemia zaczęła przypominać sale w szpitalu dla wariatów. Wszędzie przenikliwie odbijające się światło bieli.
Drzewa ubrane w kaftany bezpieczeństwa, próbują uwolnić się z tych spętanych na sobie sznureczków szaleństwa. Białe myszki, pochowały się pod stertą, suchych, zmurszały liści.
Jest chociaż jedna namiastka normalności. Czarne ptaki na gałęziach zrzucają warstwy puchu na ziemię.
Chociaż nie do końca, sroka przechodzi przemianę, w swoim już biało czarnym surducie. Otwiera szeroko dziób i strzela dźwiękami jak z karabinu.
Rozglądam się, ale płatki śniegu zaglądają mi do oczu, boleśnie dotykając kolorowych tęczówek. Nos mi posypują i policzki muskają drażnią do czerwoności skórę. Uszu nie dosięgnie, bo mam już czapkę oblepiona jak bałwan, która mnie przed zimnem chroni.

Cudnie, muszę się  skupić na zasypanej drodze. Zatracona granica chodnika, nie mogę spaść z krawężnika.
Szare niebo nie ma nic do zaoferowania. Zasłoniło ciepło tego, które rozgrzewa świat swoimi wiązkami radości i życiodajnej mocy.
Pomarańczowe buty, zatapiają się w miękkiej warstwie. Pozostawiając po sobie głębokie ślady.

Masa oblepionych świeżo przysypanych ludzi, wsiądzie za chwilę, tak jak ja do czerwonego autobusu.
Roztopią się w jego cieple i jak tu normalnie funkcjonować, w przemoczonych butach. 

 


wtorek, 21 lutego 2017

Mól książkowy


Złapany na gorącym uczynku
Mól książkowy
Podjadał słowa ze starej księgi
Zębiska wyszczerzył zadowolony
Trochę kurzem przyprószony
Pyszne, pyszne wycedził z jednej strony
Dostał Rajdem między oczy
Aż zawirował od podmuchu powietrza
Z pierwszym złapanym oddechem
Zatoczył się oszołomiony
Zdechł w locie
Zanim trzasnął gnatami o podłogę
Litery ułożyły się w jego brzuchu
W napis
Był obżartuchem

poniedziałek, 20 lutego 2017

Pamięć

Już nic nie wiem,
mam amnezję.
Coś się dobija w mojej głowie.
Patrzę przez wizjer
nie otwieram obcym myślom.
Nadziwić się nie mogę,
wszystko jest nienazwane, nowe.
Ja to kto?
Zadaję pytania bez odpowiedzi,
bo kto ma wiedzieć?
Zapomnieli, tak jak ja.


Ja

Stojąc na palcach dotykam chmur
Rozkładam szeroko ramiona
Obejmując cały otaczający mnie świat
Tam gdzie wzrokiem sięgam
Mam horyzont tak blisko
I tak daleko jednocześnie
Dostrzegam w jego końcu szczęście
Po jednej stronie wschodzi słońce
W następnej zachodzi
Gdzie nie spojrzę tam tętni życie
A na środku tego wszystkiego jestem ja




sobota, 18 lutego 2017

Karty

Cisza,
coraz ciszej.
Głos zanika...
Niesiony cząsteczkami powietrza.
Szept ledwo słyszalny.

Krzyk!

Uderzenie w gong.

Fala dźwięku rozsypuje domek z kart.
Leży karta pik, a z pod niej wychodzi As
Za nim królowa woła do króla.
Koniec wojny!


Na śniadanie

Moje słońce
Na porannej chleba kromce
Chmury z białek kurzych
Zielona trawa z sałaty
Krowa która się pasie
W postaci mięsnego plastra
Tak na to jedzenie patrzę
I się zastanawiam
Czy nie przerzucić się na owoce

Pisarz


Napisał pisarz do poety.
Jak dobrze, że ja czuję.
Zanim myśli jemu uciekły,
wpadł przez chwilę w zadumę.
Przeniósł się w obrazy,
malownicze, twórcze,
smutne i niepokojące.
Dotknął tego świata,
niczym nieograniczonego,
Żeby poczuć go,
na własnej skórze.

piątek, 17 lutego 2017

Żart

Już się podałam
Jak dywanu strego kawał
Zwinięta leżę w koncie
Towarzystwo kurzu mam w nosie
Zapach starości się unosi
A ja nadal żyję
Czekając na... 
To był tylko żart

Sny

Układam je do snu
Podnoszą się i proszą
Jeszcze nie teraz zaczekaj
Nie zamykaj oczu

Przymykam je na chwilę
Wszystko się zmienia
Znikają pod powiekami
Wyciągając resztki istnienia

Echem odbite od wyobraźni
Wpisują się w nowy krajobraz
Wiecznego wspomnienia
Schowane w zakamarkach pamięci

Tam pozostaną uśpione
Małe życia doświadczenia
Przyśnią się im obrazy
Poprzeplatane figlarną fantazją




czwartek, 16 lutego 2017

Moc

Tu zmarszczka tam zmarszczka
Cholerna grawitacja!
Puszczam do lustra pawie oczko
Uśmiech pojawia się na ustach
Błysnął w srebrną toń
Patrze i nie wieże
Znowu mam ciało gładkie
Cuda wianki są w tej maści
Kryształowe lustro
Ma tą moc żeby z radością
Patrzeć na siebie






Świr


Ćwir, ćwir, ale ze mnie świr!
Siedział na gałązce
I tak sobie kilka chwil,
Podśpiewywał ćwir, ćwir, świr!
Wiatr mu na to odpowiedział
Nie głupi z ciebie ptaszyna
Wesolutko mi tu nucisz, o tym
Żeby być szczęśliwy,
Trzeba mieć coś z wariata.
Zagwizdał razem z nim
Tak jak umiał do taktu
Ćwir, ćwir,ćwir, ale ze mnie świr!

środa, 15 lutego 2017

Przyjaciółce



Odnalazła mnie wiadomość
Napisanych kilka słów
O tęsknocie i miłości
Pozostawionym bólu
Po moim odejściu
Leżała w skrzynce
Przykryta kurzem
Myślą o zapomnieniu 
Przypadkowo otwarta
Nabrała oddechu
Wymieszała łzy w oku
Tryskając nimi na podłogę
Zaznaczając swoje istnienie
Rozmazany już napis
Ledwo widoczne mokre słowa
Swoimi godności resztkami
Nakreśliły kilka zdań na pożegnanie

Od dawnej przyjaciółki
Która pokochała mnie jak siostrę

Nietoperz

Siedziała w półmroku, rozglądając się nerwowo. Była sama w mieszkaniu na poddaszu. Prześladowała ją myśl, że coś złego może się tego późnego wieczoru wydarzyć. Z wyłączonego radia dochodziły dziwne szmery, a może to po prostu zwykłe figle umysłu, wsłuchującego się w pustą przestrzeń. Sama już zwątpiła w tą rzeczywistość, która ją otaczała.
Podeszła do okna, powietrze zrobiło się wyjątkowo ciężkie. Miała wrażenie, że brakuje jej tlenu. Ledwo łapiąc oddech, otwarła okno i odwrócona tyłem do niego nadal obserwowała wnętrze pokoju.

Czarna mała postać wpadła przelatując jej nad głową. Zahaczając o mocno natapirowane rude włosy. Zaplątała się w tym stogu siana, a ona zaczęła krzyczeć próbując wyrwać ją ze swojej lakierowanej szopy. Ugryzł ją w rękę, a ona wyrwała go wraz z kołtunem włosów.
Rzuciła go na podłogę przyciskając kapciem.
- To ja Jacek. Wysyczał przez przygniatającą go podeszwę rozklejonego kapcia. Pochyliła się nad rozpłaszczonym zwierzątkiem.

- Gacek to ty? Jacek?
 Poruszył skrzydłami chwytając czubek okrągłego przedmiotu.
- Puść mnie zanim mnie udusisz.
- Zdjęła z niego swoją stopę razem z rozczłapanym kapciem.

 Kaszlał zanosząc się gwałtownie powietrzem.
Po chwili zawirował unosząc w ludzkiej postaci pod czarną peleryną. Kipiał wściekłością do niej z zamiarem dania jej nauczki. Chwycił ją za szyje i uniósł w powietrzu. Wyrywała się wymachując w powietrzu nogami.
Nie nie miała na tyle siły, żeby się obronić przed jego atakiem. Wybrała życie ludzkie, kiedy musiała stanąć przed wyborem ukrywania się przed słońcem. Świat w ciągu dnia był dużo ciekawszy, niż podczas panującej czerni, oświetlanej poświatą księżycową. Tak sobie to tłumaczyła dlaczego nie ma już swojej tajnej broni wampirzycy. Po prostu przestała wierzyć w swoją wyjątkowość. Przeciętna zaniedbana od wielu lat kobieta. Taki zastał widok kiedy unosił ją przed sobą.

  Prychną na nią i zwolnił uścisk. Osunęła się na podłogę przytrzymując dłońmi szyje.
Skuliła się i wsunęła w ciemny kąt.
Podszedł do niej i z podirytowanym tonem głosu wyszeptał.
- Gdzie jest ta kobieta, która tu kiedyś mieszkała?
Patrzyła na jego wystające kły i szkliste oczy. Bała się go bardziej niż zawsze. Drgały jej wszystkie mięśnie. Nie mogła tego opanować. Strach jaki nią zawładną nie pozwalał się ruszyć ani nic powiedzieć.

wtorek, 14 lutego 2017

Kopia

Na końcu świata
To tu gdzie właśnie stoję
Widzę swój cień
Co spod moich stóp wychodzi
Zerka na mnie
Jednym szarym okiem

Raz zapytał mnie
Dlaczego jest w jednym tylko kolorze
Raz w jasnej raz ciemnej szarości
Nie ma wyraźnych kształtów
Rozciąga i ponownie kurczy
Leży na podłodze
A za chwilę podpiera ściany
Nie robi tego co ja dosłownie
I jest taki niezdarny

Odpowiedziałam
Jesteś moją plastyczną kopią




Kot


Kot szmaragdowe oczy miał
Bezszelestnie chodzić chciał
Bo nie jeden ptak
Latał przez niego wspak
Kosa przegonił
Sikorkę pazurami potraktował
Mysikrólika zjadł
Wróbel miał więcej szczęścia
Bo obróżkę z dzwoneczkiem
Założyła na jego szyję właścicielka
Miał tak dużo łowczych planów
A skończyło się na pomiaukiwaniu

poniedziałek, 13 lutego 2017

Nie mogę


Nie mogę być
         Sobą
     Tobą
Nimi
To może lepiej być
Skasowanym programem
Naświetloną kliszą
Wyblakłym obrazem
Dziurawym garnkiem
Zbitym dzbankiem
Wyszczerbioną szklanką
Nadtłuczonym kieliszkiem
A na końcu
Usiądziemy do kolacji
Przy pustych talerzach
Udając że kiedyś
Ktoś chciał być
Kimś

Wysoko na gałęzi


czwartek, 9 lutego 2017

Wydzieranka


Cielesna wydzieranka
Tak po kawałku
Pozbywam się ciałka
Już nie mam policzka
Za chwilę obojczyka
Bioderka też wyszczuplę
Za uda się zabiorę
Chaotycznie coś mi odpada
Wyrwane udo mówi się trudno
Naderwany kręgosłup
Wnętrzności w strzępach
Tylko głupkowaty uśmiech
Trzyma się na ustach
W przygryzionych zębach
Obraz rozpaczy
W stercie śmieci już leży
Na szczęście to tylko
Wnikliwa nieudana  rysunkowa
Budowy anatomicznej

Liliowa wysepka

Liliowa wysepka, na której są trzy rzeźby nagich kobiet. Pełne ich kształty w stylu Rubensowskim z niewielkimi śladami wyżłobień po narzędziach na ich ciałach.
Mijam je codziennie a one pomimo chłodu, leżą i siedzą wygrzewając się w zimnych promieniach. Na ich twarzach maluje się niezmienny uśmiech zadowolenia.
Za nimi zacumowane łodzie i owiewający je rozpędzony wiatr wdzierając się pomiędzy nowoczesne budynki. Spoglądam na nie wsłuchuje w ich szmer, który wydobywa się z ich burt.
Uwięzione są pomiędzy rozległymi wypiętrzającymi krami grubego lodu. Moją uwagę przyciąga szczególnie jedna. Stara podniszczona dość sporych rozmiarów łódź. Dawno nikt do niej nie zaglądał. Wzbudza swoim opuszczonym wnętrzem niepokój. Sary wrak z pewną historią o przebytych wodnych szlakach i odwiedzonych wysepkach.
Z ciekawości, co skrywa przeskakują przez brakujący bok na pokład. Drewniane deski lekko zaskrzypiały coś w rodzaju powitania. Zbliżyłam się powoli do małego okrągłego okienka. Światło, które się tam wdzierało, odsłaniał sporą warstwę kurzu. Szklane świeczniki były pokryte grubą warstwą szarego pyłu.
W powietrzu unosiła się mewa zataczając koła. Towarzyszka tej osamotnionej białej bez nazwy łajby.
Most który jest za nią metalowy masywny przełamuje swoim łukiem widok na rozległe brzegi jeziora. Malowniczy klimat z pasmem rozsianych na skałach drewnianych domków w kolorze czerwieni z białymi oknami.

Za mało czasu na rozmyślania za chwilę zajęcia. Teraz nowe słowa i skojarzenia z ich znaczeniem.
Wrócę do łodzi za jakiś czas.

wtorek, 7 lutego 2017

Do rosołu

Widziałam dzisiaj pomidora
Na sklepowej półce kogoś wołał
Odwróciła się pietruszka
Wrzeszcząc że boli ją nóżka
Zaczerwienił się ze złości
Kogo to obchodzi
Oburzona położyła się obok pora

Moja droga do rosołu
Brakuje jeszcze selera
Jego połowy już nie ma
Wycedziła z natki blada pietruszka

A na to marchewka
Jeszcze ja jestem
wam do kompletu potrzebna

Pomidor zerka no tą komitywę
Macie pecha bo kucharka
Już do was idzie
Moja kochana włoszczyzno






Warzywo


Z tych małych zielonych główek
Gołąbków zrobić się nie uda
Znowu serwują je na obiad
Kapuściane małe
Wykręcam się na ich widok
Bo to przecież obrzydlistwo
Już na widelcu jedna siedzi
Woła
Otwórz usta
Jestem tylko małą kapustą

Gorzkie liściaste zawiniątko
Ciekawe co ma w środku
Spróbowałam jedną
I goryczą krztuszę się przebrzydłą
Do cholery co to za warzywo
Z garnka druga zerka
To ja brukselka

poniedziałek, 6 lutego 2017

Tak niewiele


Można je kupić płacą szczerością.
Niewidzialne, bezkształtne.
Nie namacalne, ulotne, wzniosłe.

Doskonałe w swojej formie.
Unikatowe i wyjątkowe, niezastąpione.
Na wagę złota i garść diamentów.

Wywołuje pozytywne uczucia.
Niesie podmuch radości i ochotę do życia.
Tylko ono ma w sobie, to coś

co się nazywa dobrym słowem.

sobota, 4 lutego 2017

Łódka


Mała, drewniana, łódka
płynie po melancholijnym
odbiciu zachodu słońca.

Pomiędzy rozczepionym barwami.
Wiązki światła załamują się,
na drobnych falach.

Pędzlem naniesione barwy,
zatapiane w swoim cieple.
Zatrzymują ostatnie migotliwe promienie.

Na styku nieba i wody.
Wyłania się nakreślona cienka linia,
prostego horyzontu.

W tej niewielkiej życia skorupie.
Siedzi człowiek,
niesiony niewidzialnym nurtem wody.

piątek, 3 lutego 2017

Pożegnanie zimy


Pożegnanie zimy

Wiatr, szukał jej w blasku słońca.
W deszczowych łzach chmur.
Pomiędzy wysokimi skałami.
W strumieniu szepczącemu,
o ich spotkaniu.
W kawałku topniejącego lodu.
Źdźbłach świeżej zielone trawy.
Śpiewie ptaków pomiędzy drzewami.

Ona się schowała pod stertą,
zmurszałych liści.
Głaszcze kolczastego jeża.
Woła śpiącego w norze niedźwiedzia.
Żegna się z nimi, bo to już czas.
Na odejście białej zimowej aury.

Pobudkę zawistuje jaskółka,
swoim jak starzała lotem.
Na gałązkach pojawią się młode liście.
Odetchnie przyroda,
świeżym powietrza porywem.
Pozwoli odpocząć zmęczonym,
szarościom oczom.
Zima wypuściła ze swojego uścisku.
Tą krainę rozmrażając w niej ponownie,
tętniące życie.