czwartek, 24 listopada 2016

Spokój


  Ten poranek był pełny niespodzianek. Słońce wychodzące zza horyzontu, oświetliło chmury łososiowym kolorem. Noc ugryzła księżyc, pozostawiając po nim tylko kruchy rogalik. Wisiał na niebie blado odciśnięty pomiędzy swoimi okruszkami, w postaci już niewidocznych gołym okiem gwiazd.

  Szła szybko jak zawsze. Szukała miejsca na schowanie się przed hałasem miasta i patrzących na nią okien blokowisk. Zauważyła je, złapała przez otwarte usta szybko powietrze w zachwycie. Dwie sarny jadły leniwie trawę. Kręciły mordkami obracając się, co jakiś czas w poszukiwaniu, lepszych mokrych od roztopów kępek - zielonych przysmaków. Nie miały poroży, to były łanie zwinne i szybkie. Ogromne, czarne nosy i migotliwe w tym samy kolorze oczy, dodawały im wdzięku.
Rosnące pomiędzy skałami drzewa i rozciągnięte dywany wilgotnego na zboczach mchu. Podkreślały niepowtarzalność tego miejsca.
Przyglądał się im jeszcze przez chwilę. Chciała teraz sama dołączyć do ich stada. Obok niej stanęła matka z dzieckiem we wózku. Spoglądała na nich z boku, pomału się od nich oddalając.

   Miała w sobie dziką naturę. Wychowana wśród zwierząt, dużo się od nich zdążyła nauczyć. Może nawet więcej niż od ludzi. Potrafiła skupić się na kontakcie z tymi bliskimi, a jednak niedostępnymi do końca stworzeniami. Ma coś w głosie specyficznego, co przyciąga ich uwagę, a może wystarczy nawiązać tylko kontakt wzrokowy. Sama już nie wiedziała, bo kiedy przechodziła obok krzewu z czerwonymi kulkami, siedziała na nim cudna maleńka ptaszyna. Jadła dziabiąc jednego z koralików. W momencie kiedy zauważyła, że ona na nią patrzy. Z wystającymi resztkami odskoczyła w głąb krzewu. Wycierając dziobek z resztek jedzenia o gałązkę. Przerwała posiłek zainteresowana ludzką obecnością. Pewnie nie często to się zdarza, że ktoś jej przeszkadza. Poruszając się tak blisko człowieka, może myślą, że są tylko drobnymi kamykami rozsypanymi po ziemi. 

  Promienie słońca były coraz wyżej. Wrastały malowniczo korony drzew z pomiędzy budynków. Spojrzała w górę, rozglądając się za odcieniami rozproszonego światła. Zauważyła grubą potężną gałąź.
Wisiała złamana utrzymując się na niewielkiej ilości włókien. Drzewa też tracą, po ostatniej nawałnicy śnieżnej musiał się ugiąć zbyt mocno i złamała się pod ciężarem śniegu. 
Minęła kilka przecznic idąc ciągle pod górkę kiedy zauważyła jego. Jechał rozpędzony, miał długie włosy w dodatku rude, które były przyciśnięte kaskiem i na jak wikinga przystało nosił brodę. Przejechał obok niej szybko kierując się w dół. Wybuchnęła głośnym śmiechem. Potomek tego ludu, który żył na tych ziemiach teraz jeździ na rowerze. W dodatku w kasku zamiast hełmu i toporka w ręku.
Co za czasy cholerna cywilizacja - pomyślała.
Ona zamiast paska nadal nosi sznurek przy spodniach. Przez chwilę wyobrażała sobie siebie w lnianej sukience i skórzanych sandałach.
Stała na skałach trzymając pęczek świeżych ziół. Wypatrując w oddali przypływajcie do portu statki. Mewy latały wysoko, krążąc nad wodą. Fale uderzały mocno o brzeg wydając głośny szum. Pieniły się przy tym, jakby morze chciało wyładować całą swoją złość, na ich twardych urwiskach.
W końcu znalazła w sobie spokój, którego szukała całe życie. Skalisty pozornie surowy i dziki kraj, tak jak jej nieokiełznanie wnętrze. To jest dobre miejsce do życia, dla zwierząt i ludzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz