środa, 30 listopada 2016

Dotknięty


Zima


Zamarznięta skuta lodem
Nieruchoma i posępna
Przyglądała się przyrodzie
Przy pierwszych promieniach
Sopel z płaczem odchodził
Kapiące z niego potoki łez
Napełniły strumień wątły
Poruszyło się jej zastygłe serce
Dotknięta żalem i tęsknotą
Wyciągnęła do niego ręce
Sztywnym i niezgrabnymi palcami
Przytuliła go do siebie
Przez chwilę była szczęśliwa
A kiedy rozsunęła ramiona
Została sama roztopiona
Zima

poniedziałek, 28 listopada 2016

Sztuka z piekła rodem.


,,Nie taki diabeł straszny, jak go malują,,

 Znalazła go opartego o starą sztalugę. Ten z obrazu był wyjątkowo paskudny. Spogląda złowieszczo z pod łba ze swoim ironicznym uśmieszkiem. Czarne ślepia były wyłupiaste i gdyby nie ta matowa sadza na jego licu to pochłaniał by spojrzeniem. Dreszcze przeleciały jej po ciele na samą myśl, że kogoś pokusiło, żeby namalować takiego odrażającego, wstrętnego i posępnego z piekła rodem diabła.
  Czym bardziej przyglądała, się każdej plamie rozłożonej farby naniesionej na obraz, tym bardziej miała wrażenie, że on zaczyna wyłaniać się z obrazu. W tle unosiła się łuna od palącego się ognia i pary wymieszanej z siarką.
  Powoli, tam gdzie ona podążała wzrokiem zaczęły pojawiać się drobne szczeliny i pęknięcia. Wyciekała z nich małymi stróżkami ciecz. Najpierw bezbarwna, zmieszana z werniksem, a później coraz ciemniejsza. Dziwny zapach unosił się w powietrzu, kiedy go poczuła, zatrzymała wzrok na jego ślepiach. Ciężkie kule w jego oczodołach delikatnie się poruszyły, wywołując jednocześnie w okolicy oczu grymas- coś w rodzaju zmarszczki. Tylko jak to jest możliwe? Przecież to tylko zaschnięta farba na płótnie, oprawiona w ramę z drewna na tyle starego, że trudno było można określić wiek obrazu. "Wydawało mi się" - pomyślała.
"To tylko fikcja literacka, wymyślona bajka". Wzruszyła ramionami i spojrzała znowu na portret.
Z jego nozdrzy, wylatywało wydychane powietrze na tyle szybko, że rozdmuchiwał prawie niewidoczne cząsteczki osadzonego na nim kurzu.
"Mam jakieś zwidy, jest tutaj tak bardzo duszno" - przeszło jej przez myśl.

  Ten strych należał do nieżyjącego od pewnego czasu mężczyzny. Już dawno nikt tu nie wietrzył.
Fascynowały ją stare zaniedbane domy. Buszowała teraz w rupieciach, o których czas zapomniał. Wiedziała, że poprzedni właściciel kolekcjonował różne rzeczy. Kupując ten dom, cieszyła się na tą myśl, że zostało po nim oprócz czterech ścian, coś jeszcze. Skrywały jakąś tajemnicę, wyczuwała to w atmosferze otaczających ją przedmiotów. Ona- niedoszły historyk sztuki, potrzebowała kontaktu z mniej lub bardziej wyrafinowaną przeszłością.
  Napięcie rosło, nie mogła sobie pozwolić na dłuższą analizę. Miała jeszcze tyle do przejrzenia. Cała sterta poprzykrywanych białym materiałem. Czekały na ich odkrycie. Z biegiem lat przykrywała je warstwa osiadającego na nich kurzu. 
Wielkie drewniane skrzynie z okuciami stały z luźno zwieszonymi klapami na kłódki, których tam nie było.
Odwróciła się w stronę okna. Zrobiła kilka kroków w jego stronę. Nagle z płaskiej przestrzeni wyskoczyło coś na kształt rogu. Ostrą końcówką przedarło lniany, naprężony i sztywny materiał. Dźwięk rozległ się po pomieszczeniu. Drewniane szalunki wysoko pod dachem zaskrzypiały. Mysz, która przebiegała obok zapiszczała. żałośnie, bo w tym momencie znalazła się w czarnym pysku. Do połowy, był już poza zamkniętą przestrzenią, a jego długie ramię podpierało się o podłogę smukłą łapą. Podskoczyła w miejscu na widok jego powoli wypełzającego. Jednym tylko kopytem tkwił po drugiej stronie piekła. Iskry wysypywały się za nim, a on błagalnym wzrokiem patrzył na nią wystającym ogonem myszy z ust. "Pomóż mi"- zajęczał.
Z niedowierzaniem w głosie odpowiedziała; "jak?".
- Podaj mi ten toporek, który leży obok ciebie. - z wyrzutem bólu zawył.
- Po co ci on? -zapytała, drżącym głosem.
Wykręcał się w grymasie, coraz większego przerażenia.
- Muszę odciąć ten łańcuch, do którego mam przykutą nogę, żeby się uwolnić.
Nie wiadomo dlaczego wewnętrzny głos powiedział tak cicho, że tylko ona go słyszała.
- Nie bądź naiwna, on ciebie posiądzie w swoje złe moce, a ty przepadniesz w jego czeluściach.
Coraz bardziej miała ochotę wyskoczyć przez okno. Perspektywa trzeciego pietra była zdecydowanie za wysoka.
Droga do wyjścia znajdowała się po stronie tego wynaturzonego potwora.Wił się i cofał, wyjęczał znowu;
- Nie mogę dłużej czekać zrób coś.
Zawył donośnie, zrobiło to na niej ogromne wrażenie. Rama zaczęła się kruszyć i rozsypywać w pył. Drobinki rozsypywał na boki. Ogarnął ją jeszcze większy lęk i żal, w końcu był żywą istotą.
Chwyciła toporek i rzuciła go w jego kierunku. To był ostatni moment na tą decyzję. Został by wchłonięty przez czas i rozleciał się na kawałki.
  Ona nie miała pojęcia z czym ma do czynienia. Chwilami myślała, że oszalała. Zawirowało jej przed oczami. Trzęsła się jeszcze bardziej. Złapał go w powietrzu i schował się na chwilę po tamtej stronie, z której wyszedł. Podbiegła do niego Poderwała kawał tkaniny z podłogi i obwinęła nim obraz. Przycisnęła mocno namalowaną stroną do podłoża. Szarpał się i wyrywał, wyjąc przy tym przeraźliwie. Nieugięta była w swoim postanowieniu, ta moc nie może nigdy się uwolnić. Z ostatnim oddechem drgnął ostatni raz i z braku dostępu powietrza zgasł, jak jego wewnętrzny ogień. Minęło jeszcze trochę czasu zanim się upewniła, że to już koniec. 
  Podniosła obraz i odsłoniła diabelski wizerunek. Wrócił do swojej dawnej postaci nienaruszony. Został tylko ślad, w postaci mysiego ogona wystającego z jego czarnych ust i zniknął ironiczny uśmiech. Zamieniony na żal i smutek.
- Przykro mi -powiedziała na głos.
Obraz podskoczył kilka razy, uderzając o podłogę. Odwróciła wzrok. Zawinęła go w płótno i włożyła do skrzyni.
Dopóki ona żyje będzie tam czekał.
- To jeszcze nie twój czas -szepnęła zamykając ciężkie wieko.

niedziela, 27 listopada 2016

Aromat

Pojawił się z piany. Miał duże z bąbelek oczy i niewiele mniejszy nosek. Reszta jego unoszącego się wraz z parą ciała. Miała drobne powietrzne wypukłości. Nie miał ust, bo całowały go te, do których przypływał spotykając się na brzegu filiżanki. Z pierwszym łykiem ożywał w ciele ludzkim i napełniał je energią. Zawsze miał ze sobą towarzystwo. Białe słodkie szaleństwo i mleczną nutę. Mieszały się wirując w tej gorącej przestrzeni z metalową panienką. Ona napędzała wir charyzmatycznego, subtelnego smaku. Kryształki rozpuszczały się w lekko kwaśnym posmaku ziaren kawy.

piątek, 25 listopada 2016

Ciastko


Chciała bym być potokiem
Napełniającym młyńskie koło
Ziarnem co kamień mieli
Mąką puszystą w worku
Ciastem dobrze wyrobionym
W gorącym piekarniku upieczonym
Ciastkiem które zjesz na końcu
Okruszkiem w twoim oku 

czwartek, 24 listopada 2016

Spokój


  Ten poranek był pełny niespodzianek. Słońce wychodzące zza horyzontu, oświetliło chmury łososiowym kolorem. Noc ugryzła księżyc, pozostawiając po nim tylko kruchy rogalik. Wisiał na niebie blado odciśnięty pomiędzy swoimi okruszkami, w postaci już niewidocznych gołym okiem gwiazd.

  Szła szybko jak zawsze. Szukała miejsca na schowanie się przed hałasem miasta i patrzących na nią okien blokowisk. Zauważyła je, złapała przez otwarte usta szybko powietrze w zachwycie. Dwie sarny jadły leniwie trawę. Kręciły mordkami obracając się, co jakiś czas w poszukiwaniu, lepszych mokrych od roztopów kępek - zielonych przysmaków. Nie miały poroży, to były łanie zwinne i szybkie. Ogromne, czarne nosy i migotliwe w tym samy kolorze oczy, dodawały im wdzięku.
Rosnące pomiędzy skałami drzewa i rozciągnięte dywany wilgotnego na zboczach mchu. Podkreślały niepowtarzalność tego miejsca.
Przyglądał się im jeszcze przez chwilę. Chciała teraz sama dołączyć do ich stada. Obok niej stanęła matka z dzieckiem we wózku. Spoglądała na nich z boku, pomału się od nich oddalając.

   Miała w sobie dziką naturę. Wychowana wśród zwierząt, dużo się od nich zdążyła nauczyć. Może nawet więcej niż od ludzi. Potrafiła skupić się na kontakcie z tymi bliskimi, a jednak niedostępnymi do końca stworzeniami. Ma coś w głosie specyficznego, co przyciąga ich uwagę, a może wystarczy nawiązać tylko kontakt wzrokowy. Sama już nie wiedziała, bo kiedy przechodziła obok krzewu z czerwonymi kulkami, siedziała na nim cudna maleńka ptaszyna. Jadła dziabiąc jednego z koralików. W momencie kiedy zauważyła, że ona na nią patrzy. Z wystającymi resztkami odskoczyła w głąb krzewu. Wycierając dziobek z resztek jedzenia o gałązkę. Przerwała posiłek zainteresowana ludzką obecnością. Pewnie nie często to się zdarza, że ktoś jej przeszkadza. Poruszając się tak blisko człowieka, może myślą, że są tylko drobnymi kamykami rozsypanymi po ziemi. 

  Promienie słońca były coraz wyżej. Wrastały malowniczo korony drzew z pomiędzy budynków. Spojrzała w górę, rozglądając się za odcieniami rozproszonego światła. Zauważyła grubą potężną gałąź.
Wisiała złamana utrzymując się na niewielkiej ilości włókien. Drzewa też tracą, po ostatniej nawałnicy śnieżnej musiał się ugiąć zbyt mocno i złamała się pod ciężarem śniegu. 
Minęła kilka przecznic idąc ciągle pod górkę kiedy zauważyła jego. Jechał rozpędzony, miał długie włosy w dodatku rude, które były przyciśnięte kaskiem i na jak wikinga przystało nosił brodę. Przejechał obok niej szybko kierując się w dół. Wybuchnęła głośnym śmiechem. Potomek tego ludu, który żył na tych ziemiach teraz jeździ na rowerze. W dodatku w kasku zamiast hełmu i toporka w ręku.
Co za czasy cholerna cywilizacja - pomyślała.
Ona zamiast paska nadal nosi sznurek przy spodniach. Przez chwilę wyobrażała sobie siebie w lnianej sukience i skórzanych sandałach.
Stała na skałach trzymając pęczek świeżych ziół. Wypatrując w oddali przypływajcie do portu statki. Mewy latały wysoko, krążąc nad wodą. Fale uderzały mocno o brzeg wydając głośny szum. Pieniły się przy tym, jakby morze chciało wyładować całą swoją złość, na ich twardych urwiskach.
W końcu znalazła w sobie spokój, którego szukała całe życie. Skalisty pozornie surowy i dziki kraj, tak jak jej nieokiełznanie wnętrze. To jest dobre miejsce do życia, dla zwierząt i ludzi.

środa, 23 listopada 2016

Bunt w ocenie

Oceniają, wnioskują, analizują.
Wszystko z książek, nie z życia.
Mają spaczony pogląd w sztuce.
W ramy zamykają jednostki.
Nie widzą uśmiech, łez, radości,
Smutku ani troski codzienności.
Słowa bardziej lub mniej utkane,
W pajęczynie wyobraźni.
Wystarczy ją lekko dotknąć.
Znika przyklejając się do palców.
Jak łatka do dziurawych spodni.
Zmiana wyrazu twarzy, grymas,
Zastyga albo gwałtownie się zmienia.
Nie szufladkuje się sztuki.
Ona musi być wolna,
Bo jest jedyna w swoim rodzaju.
Twórczość umiera wraz z nią
Sposób wyrażania zanika.
Ważenie każdego słowa,
Na niewidzialnych szalkach.
Absurdalne jest takie podejście.
Wnioski i schematy dla tych,
Co poprzez dzieło chcą zobaczyć artystę.


 



wtorek, 22 listopada 2016

Mrok


Mróz


  Słońce odsłoniło wszystkie kryjówki cieni. Wyraźnie można zobaczyć, za którymi drzewami się kryją. Takie duchy nierozłączne, widzialne tylko w promieniach światła.

- Gdzie jest aparat? pomyślała.

  Ubierała buta prawie upadając, wciskając go stojąc na jednej nodze. Nerwowo zerkała, gdzie go zostawiła. Każda sekunda na szukanie to strata czasu. Widok za oknem przyciągał ją silniej niż magnez. Niebo było wyjątkowo niebieskie. Odcienie błękitu były na pograniczu kobaltu. Śnieg kontrastował z wystającymi bezpośrednio z niego konarami drzew. Po założeniu butów szybko założyła kurtkę. Poczuła, że w kieszeni jest coś ciężkiego - był tam aparat którego szukała. Westchnęła z ulgą i wybiegła z domu.
  Zaspy były po kolna, ale nie była pierwsza, która już nimi podążała, o tyle było łatwiej. Pomimo to chwiejnym krokiem ruszyła w stronę ogrodów. Miała wyznaczone miejsca, które uwieczniała, każdego dnia w pamięci aparatu. Trasa była już tak wydeptana. Przyjemnie było podążać prawie równą powierzchnią.       
  Dzień wcześniej musiała skakać jak zając po zaspach, przedzierając się przez wysokie zaspy.
Znajome miejsca teraz tak pobielone. Gruba warstwa przykrywała gałęzie. Nigdy wcześniej nie widziała takiej ilości śniegu. Leżał tak naturalnie, idealnie dopasowany tworzył rodzaj powłoki, która odcinała się mocnymi akcentami od siebie. Świeże czyste powietrze, z unoszącą się nutą wilgoci, było takie przyjemne. Wszystko razem oddawało czystość śnieżno - białego i krystalicznego puchu.
Minęła kilka dużych dębów rosnących na niewielki wzniesieniu w skupisku. Z daleka, tworzyły gigantyczne drzewo z wieloma koronami. Patrzyła przed siebie, bardzo wysoka sosna była oblepiona śniegiem do granic jej możliwości i ta zimna zieleń z igłami przebijała się z pod tej warstwy na tle przestworzy. Nie spuszczała z niej wzroku zauroczona tym widokiem, szła w jej stronę. Usłyszała trzask łamiącego się drewna, z samego prawie szczytu osunęła się z lawiną białego ciężaru w dół. Potrącają na niższych warstwach wystające konary. Mało brakowało, bo podchodząc bliżej zobaczyła grubą, potężną cześć drzewa leżąco na środku ścieżki. Wrażenie było niesamowite, kaskada bieli i ta siła upadku. Efekty specjalne od matki natury- niepowtarzalne. Zapach żywicy rozchodził się intensywnie w powietrzu. Nie lubiła tego zapachu w nadmiarze, ale nie przeszkadzało jej to teraz tak bardzo. Spojrzała na swój żółty aparat i uśmiechnęła się do niego. Duma i zadowolenia, łapała ulotne chwile.
  Spojrzała w górę na pozostałe drzewa. Trochę ją to zaniepokoiło. Z drugiej strony, nie codziennie łamią się gałęzie w jej obecności.
Przeszła w dół w stronę wody. Schody były mocno oblodzone, wystawały z nich kolorowe zamarznięte do połowy liście. Popękane miejscami grudy lodu, przebijały ostanie tchnienie jesieni. Poślizgnęła się na pierwszym stopniu, wywracając się prawie w tył. W ostatniej chwili chwyciła się metalowej balustrady. Zaklęła pod nosem i stanęła na chwilę w miejscu, skupiając się na następnych krokach. Przeszła kilka stopni w dół nie trzymając się już niczego. Ustępowała miejsca postaci, która ją mijała. Kątem oka zauważyła kawałek czarnego do kolan płaszcza. W tym samym momencie poczuła dziwne przenikanie. Połową ciała odebrała wrażenie dotyku, ale to nie było fizyczne doznanie. Coś ją szturchnęło jakaś niewidzialna siła.

Co to było? - pomyślała.

Na następnym stopniu zatrzymała się, bo to przywołało wspomnienie. Niewidzialna energia miała ją w swoich objęciach. Chciała ją do siebie przyciągnąć,a może bardziej przeniknąć?
To było już dawno temu, ścisnęła w ręce mocniej aparat. Był bardzo zimny, tak jak jej już mocno wychłodzona dłoń. Metal nie ułatwiał ogrzania jej palców, mróz szczypał ich końcówki. Ruszyła do przodu i czym była bliżej zejścia niżej tym bardziej coś ją hamowało. Przeczucie "nie idź tam"- dudniło w jej głowie. Była na wysokości przystani. Łodzie stały na metalowych konstrukcjach przykryte plandekami, zabezpieczone na czas zimy.
  Nagle kos odleciał z gałęzi przeraźliwie skrzecząc. Przeszył ją chłód, jak by uderzenie lodem. Przeniknął ją gwałtownie i nie mogła się ruszyć zastygając w miejscu - zdrętwiała. Para wydychanego powietrza utworzyła małą poświatę przez, którą zobaczyła cienie. Miały dziwne kształty, nie przypominały drzew, to było coś innego. Zbliżały się do niej. Czym były bliżej, tym bardziej się materializowały. Czarne postacie wychudłe krążyły dookoła niej. Wodziła za nimi wzrokiem. Szeptały; "on przyjdzie, będzie chciał dotknąć twoich myśli. Nie pozwól mu na to, bo będziecie połączeni niewidzialną nicią".

- Kto przyjdzie? pomyślała 
To pytanie pozostało bez odpowiedzi.
  W tedy pojawił się on, w długim czarnym płaszczu. Miał cylinder na głowie i długie do ramion włosy. Były posypane drobnymi paskami szronu. Twarz była niewyraźna, raczej blada, ale oczy błyszczały jak sople lodu w świetle promieni słonecznych. Chwycił jednego stwora i ścisnął białym światłem tworząc kulę śnieżną, którą wbił w miejsce na kształt głowy. Ciemna postać rozsypała się drobnymi cząsteczkami o ziemię. W kilku szybkich obrotach, zrobił to samo z pozostałymi. Przenikliwe zimno zaczęło ustępować. Spojrzał na nią i skinął głową w dół. Poczuła przy swoim uchu jego ciepłe wargi. Gorące powietrze spływające na nią z jego słowami. Nie pamięta, co w tedy powiedział, bo wbijały się metalicznie jak tysiące ukłuć w jej głowie wywołując ból. Ciepło zanikało i zrozumiała, że się oddala. Wszystko ustąpiło, mogła się poruszać. Odwróciła się za nim i zrobiła kilka zdjęć. Co migawka uchwyciła to się dopiero okaże w ciemnej pracowni domu.

niedziela, 20 listopada 2016

Deszcz


Z nieba zerwanego z łańcuchów oceanów, zaczęło padać strugami. Wodą wypełniają kałuże po brzegi. Strumienie na ulicach pędziły w dół, spływając do miejskich studzienek.
Szła powoli rozmyślając nad każdą kroplą. Uderzały jedna po drugiej, tworząc małe wodne kilkusekundowe kratery. Pojawiały się też bańki, które utrzymywały się dłużej na powierzchni. Mogła się im teraz przyjrzeć  bardziej.W jednej z nich był odbity obraz pobliskich drzew. Wrażenie czarodziejskiej kuli do wróżenia potęgowało nastrój jaki miała. Stare liście zrobiły się brunatne. Pomimo, że były czyste nie miały swojego dawnego uroku.
Buty nasiąkały powoli wilgocią. Nie było zimno, powietrze jak na tą porę roku przypominało bardziej schyłek jesieni, niż nadchodzącą zimę. Na gałązkach zwisały małe kropelki, tworząc migotliwe i zabawne chochliki.
Patrzyła na to co ją otacza. Wszystko było dynamiczne, tyle się działo w tej danej chwili. Zatrzymała się w miejscu. Teraz usłyszała wyraźny szum wody, dźwięk spadających kropli i coś jeszcze- własne wnętrze. 
Małe drzemiące w niej dziecko, obudziło się, ciesząc i skacząc na boso w kałuży. Porozrzucane liście przyklejały się jej do ubrania. Chlapała radośnie rękami w tych niewielkich skupiskach wody. Nie przeszkadzało to, że przemaka do suchej nitki.
Jak można narzekać, że pada deszcz. Dorośli już nie pamiętają jak to jest beztrosko, cieszyć się wolnością. Gdziekolwiek się jest. Nie trzeba mieć dóbr materialnych, żeby być szczęśliwym. Bogactwo we własnym wnętrzu jest ogromne. Zawsze znajdzie się dobra chwila i dobre miejsce. Trzeba spróbować, nauczyć się znowu patrzeć oczami dziecka. Przeżywać na nowo ten świat. Otworzyć się na nowe doznania. Widzieć więcej, to jak wypełnianie garnca ze złotem. Trzeba tylko obudzić w sobie na nowo małego człowieka. Z jego perspektywy spojrzeć jeszcze raz na świat.
Ono tam zawsze w nas jest głęboko pozostaje i czeka na dobrą zabawę.

piątek, 18 listopada 2016

Bałwany

Bałwany podchwyciły banały
Kulają się po śniegu
Zataczając się ze śmiechu
Dobry ubaw mają
Pogubiły już marchewki
Garnki z głów pospadały
Jeszcze tylko miotły im zostały
Banalnie proste bałwany
Śmieją się im czarne gały
Wesołe w śniegu się tarzają
Od tego dobry humor mają
Zima mroźna i uszczypliwa
Radość niesie z puchu wielką
Kulki śniegu już ubite lecą
Stary młody choć na sanki
Z bałwanami się pobawić










Nie


Złość urodzie szkodzi
Nie inaczej
Zdrowiu też nie pomaga
Zgadzam się
Nie ma na to recepty
Chyba nie
Mamy wolny wybór
Czemu nie
Skorzystam z tego albo nie
Mocne słowo kłóci się
Ciągle woła nie, bo nie
W końcu musi być kompromis
Dla zdrowia i urody

Chusteczka


Książę się dąsał i coś mamrotał.
Nic się mu nie podobało.
Listy zapieczętowane woskiem otwierał i czytał.
Recytował napisane do niego słowa.
Prychał i kichał od kurzu z kartki.
Długo się zastanawiała,
Zanim wszystko co myślała napisała.
Wycierał nos bawełnianą chusteczką,
Zalewał się przy tym łzami.
Istny koszmar miłosny.
Kiedy już myślał, że to koniec tej znajomości.
Przyszedł jeszcze jeden, z gońca ręki go odebrał.
Był pachnący konwaliami, miękki i powabny.
Uśmiechnął się na ten widok szczęśliwy.
Z nadzieją w sercu odwinął go lekko.
A tam puste strony i nic oprócz,
Białej chusteczki z wyszytymi inicjałami
I napisem- Czekam.

Laleczki

Grzybki blade i przeźroczyste,
Tańczą piruety,
W sukienkach baletnic.
W tych strojach,
falują ich rąbki od kapeluszy
Na jednej nodze się unoszą.
W stronę słońca.
Coraz wyżej i wyżej.
Muzyka rozlega się w oddali.
Lśnią na scenie,
Oświetlone promieniami.
Iluzję tworzą dla oka,
Zwinnie pląsając między sobą.
Mech wilgotny podkreśla scenerię.
Niepowtarzalną dla leśnych laleczek.


środa, 16 listopada 2016

Kula

Raz lepiej, raz gorzej.
Dużą kulę pod górę toczę.
Osuwam się w tył pod jej ciężarem.
Zapieram się w miejscu stopami.
Łapię głęboki oddech.
Pochylam głowę w jej stronę.
Z uporem pcham ją ku górze.
Jeszcze tylko kawałek,
Kilka kroków i będzie na szczycie.
Z białej śnieżnej masy,
Bałwana brzuch będzie wspaniały.



Duszki


Maleńkie duszki,
Wyciągają z pod śniegu nóżki.
Rosną na korze, blade i mokre.
Wychylając się zalotnie.
Oblodzone kapelusze,
Dodają im uroku.
Zamarznięte paseczki od szronu,
Podkreślają ich ulotność.
Skarpa lodu tworzy urwisko,
Powstaje ciekawe ich zjawisko.
Bezbarwna poświata,
Mieni się w oddali.
Eteryczne grzybki,
Wyrosły mi przed oczami.

wtorek, 15 listopada 2016

Starość


Przeglądała się odbiciu, kobieta którą widziała nikogo jej nie przypominała. 
-Nie znam cię- pomyślała.
Spojrzała z miną oburzenia w stare, zaśniedziałe już lustro.
Miała głębokie zmarszczki, siwe włosy i wydłużony nos.
-Kim jesteś?
-Dotknij swojej twarzy -odpowiedziało jej szepcząc, niewyraźnie jakby z głębi.
Jej palce delikatnie musnęły policzków i przesunęły się bezwładnie w stronę czoła. Gładka skóra była sprężysta, delikatna jak aksamit.
Druga dłoń powędrowała w stronę nosa, był mały i okrągły. Powieki tak jak zawsze, podkreślały głęboko osadzone oczy.
-Kłamiesz! 
Krzyknęła do odbicia, które zaczęło drgać miarowo. Dając efekt wprawionej w ruch wody. Poczuła tą falę i ten niepokój w sobie. Krew płynęła wzburzona w żyłach. Czuła, że coś się zaczyna w niej zmieniać. Obejmowała się ramionami, coraz mocniej krzyżując na sobie ręce. Drżała ze strachu, usiłując zatrzymać proces przemiany. Wszystko zaczęło wirować, przed oczami wyświetlały się obrazy z przyszłości. Szczegóły zamazywały się w zawężającym się kącie widzenia od nabieranej prędkości. Wrażenie odrywania się od ciała, było coraz silniejsze. Całe życie na, które czekała już przeminęło tworząc nową świadomość i historię.

Zrobiło się ciemno i mrocznie. Chłód powoli zamieniał się w przyjemne ciepło. Ogarniał ją coraz większy spokój. Rozluźniła ramiona, wyciągając je przed siebie. Krok do przodu, który wykonała zbliżył ją do ściany zimnej i gładkiej jak szkło. Otwarte dłonie dotykały wewnętrzną częścią tajemniczego błyszczącego punktu.
Przez czarną powłokę przenikały jasne drobinki.
-Babciu!
Usłyszała za swoim plecami, piskliwy głos dziecka.
-Tutaj jestem.
Zdejmij tą opaskę z oczu, to już koniec zabawy w chowanego.
Zsunęła bawełniany kawałek materiału, który opadł jej na szyję.
Światło, które dobiegało do źrenic gwałtownie je zwężając, spowodowało mocne ukłucia. Odruchowo odwróciła głowę.
-Babciu!
Znowu usłyszała wołanie.
Spojrzała niepewnie w stronę dobiegającego ją głosu.
Stał tam mały człowiek, przypominał wyglądem jej syna.
To niemożliwe, gdzie są te wszystkie lata? Co się z nimi stało?
Przeleciały jej między palcami, niespostrzeżenie. Czas jak woda, nie można go zatrzymać. Ale żeby od razu stworzyć wodospad.
-Teraz ja będę szukał ciebie.
Wybiły ją te słowa z zamyślenia. Zaniemówiła, bała się poruszyć. To jednak prawda
- Starość mnie dogoniła.-powiedziała cicho.
Sytuacja była taka osobliwa i trudna do zrozumienia w kilka minut, że nie wiedziała co ma robić.
Pamięta ten moment, w którym była matką takiego chłopca.
Nie lubiła się bawić, wolała spacery i poznawanie świata oczami dorosłego.
Zabawa w chowanego, coś podobnego! Musiała się bardzo zmienić. Wolała nie spoglądać w lustro, żeby się upewnić w sytuacji w jakiej się znalazła. Stało się, żyję tu i teraz. Ten czas, który przeminął nigdy już nie wróci.


poniedziałek, 14 listopada 2016

Srebrny

Srebrny wyjątkowy, ogromny,
Talerz zbliża się do ziemi.
Wypatruje go na niebie.
Przysłonił go parawan z chmur.
Wyobrażam go sobie.
Jest na wyciągnięcie ręki.
Dotykam go i czuje zimno.
Nie mogę go zabrać jest zbyt ciężki.
Kratery są chropowate i ostre.
Twarz która go kiedyś przypominała
Znika pod moimi palcami, zamyka oczy.
To nie kula bilardowa, a jedna okrągły.
Swoją ciemną niedostępną stroną.
Nie odwróci się do mnie.
Świeci odbitym srebrzystym blaskiem.
Księżyc odgrywa swoją role.
W galaktyce gwiazd i planet.
Nie ma zamkniętej przestrzeni.





Wątpię

Opuszczony dobry nastrój.
Drze na drobne kawałki papier.
Zęby rwą i szczepią język.
Krzyczy w bólu resztkami narządu.
Krwi tam nie ma, to nie ten scenariusz.
W teatrze wyobraźni to tylko kartki.
Mokre od łez opadają bezszelestnie.
Przykrywają smutek i beznadzieję.
Białe oblicze twórczości milczy.
Czyste i nieskazitelnie,
Tusz w kamuflażu zastyga w czasie.
Wszystko nabiera innego kształtu.
Wyłoni się wena, która nigdy nie zamiera.




piątek, 11 listopada 2016

Czort

Z pośród tych wszystkich połamanych piór.
Twoje było najlepsze.
Ostro zakończone napisało słowa.
Teraz utkwiły mi w pamięci.
To miały być tylko jedna lub dwie próby.
Nic więcej, a przerodziło się w obsesję.
Nawet o tym nie wiesz.
Tajemnicą okryte dzieło milczy.
Schowane głęboko drapie wnętrze, krzyczy.
Szaleje z bezradności, albo z ogromnej siły.
Ciągle się waha balansując na cienkiej linii.
Zadaje echem odbite pytania.
W czeluściach ciemności.
Czort siedzi, taki jak ty przebiegły.
Zapali kiedyś ten płomień.
Który nigdy bez zwątpienia nie zgaśnie.
Oświetlać będzie mi drogę.
Dokąd ona mnie zaprowadzi.
Dopiero czas pokaże.