piątek, 30 września 2016

Drzewa


Wybudzony


Wybudzony ze słonecznego snu wicher, przeciągnął się leżąc na chmurach.
Spojrzał na ziemię - to już jesień.
Jest kolorowo, wszędzie leżą liście, drzewa je porozrzucały.
Teraz czas, na jego mocne podmuchy powietrza.
Musi posprzątać drogi i ścieżki.
Wziął głęboki oddech, zaczął dmuchać ile sił w płucach.
Deszcz, który za nim z chmur spadał, obmywał gęstymi kroplami zakamarki.
Wyczesywał drzewom korony, długimi pociągnięciami powietrza.
Wiry kręciły małe karuzele z liśćmi.
Ptaki szybowały, w tunelach turbulencji, kołysząc się na boki.
Rosa zostawiła na grzybach, poranne szklane koraliki.
Wczesnym porankiem mgła z jesienią trzymając się za ręce. Pobiegły dalej po mokrych liściach przed siebie.

Wicher


Dziecko wiatru, rozdmuchane ma włosy na wszystkie strony świata.
Wieje, dmucha, nogą przytupuje.
Mocniej i mocniej próbując swoich sił.
Drzewa w koronach uginają się pod jego naciskiem.
Przepędza chmury, szczypie i batem bije.
Wylewają na ziemię swoje łzy.
Z kroplami deszczu leci smutek, ale i nadzieja, która daje innym życie.
Kwiaty pozamykały swoje płatki, chroniąc pyłek.
Owady chowają się w liściach, mokre stopy im wystarczą.
Promienie uspakajają, młody jeszcze wicher.
Zatrzymują jego uwagę, pokazując mu na niebie tęczę.
Pomału się uspakaja i opada za ziemię z drobinkami piasku i kurzu.
Delikatnie pogwizduje łaskocząc źdźbła trawy.
Wszystko ucicha, wraca cisza z szmerami wiszących jeszcze liści.

czwartek, 29 września 2016

Uśmiech


Uśmiech, który nic nie kosztuje.
To on sam szczery, wywołuje falę dobrych uczuć.
Pozwala zrelaksować się mięśniom twarzy, rozluźnia mięśnie ciała, wyzwala w umyśle endorfiny.
Dlaczego to lekarstwo, które łykać może bez ograniczeń tak rzadko spożywamy ?
Tak mało uśmiechu, smutek ma pole do popisu.
Radość przytłoczona codziennością ma związane ręce.
Nogi poplątane, próbuje się wyrwać z kamiennej twarzy.
Smutne oczy, one są takie matowe.
Gdzie ten błysk w oku, która zachęca do kontaktu z innymi ludźmi.
Wszyscy tęskną za radością, życzliwością, ale są przeciągnięci ładunkiem złych informacji, podawanymi na talerzu jak pigułki nienawiści, zła, cierpienia i beznadziei.
Przychodzi zmęczenie społeczne. Ciągła walka z rządem i nierządem, narzekamy na pogodę. Wszystko zaczyna być bez znaczenia, czy pada deszcz? Czy świeci słońce? Marazm zasiany jak chwasty w społeczeństwo się wrasta. Zarażajmy się entuzjazmem, albo...

poniedziałek, 26 września 2016

Zabierz mnie ze sobą


Muzyka


Słucham i wpuszczam do moich uszu muzyczne nastroje.
Z każda nutą jestem, coraz wyżej unoszę się wysoko w chmurach tańczę z wiatrem. Odlatuję oderwana od codzienności.
Klawisze, trąbki, skrzypce, a nawet bębny, wirują cząsteczkami w mojej głowie. Słucham tych słów, zapisanych w dźwiękach, uważnie i przytakuję w myślach. Zdarza mi się śpiewać, ale to nie moja działka, bo wyję jak kojot do księżyca.
Zagłuszam piękno muzyki, która wypływa z instrumentów. Ludzie mają anielskie głosy, unoszę się wysoko ponad ziemię. Płynę po niebie, za ich cudownym dźwiękiem.

niedziela, 25 września 2016

Klony


Wiosna przyniosła młode listki, tchnęła w nie życie, patrzyła jak się rozwijają. Lato dbało o ich zielony nasycony kolor, dawało promienie słoneczne i deszcze. Teraz pora na jesień. Ona robi to w takim wyjątkowym stylu, kiedy coś mi z oczu odbiera. Nie zrywa ich za jednym pociągnięciem. Pozwala się im z drzewem pożegnać. Smutne wyrażają swoje uczucia rozstają się kolorami. Czerwienią się i złocą, spadają odrywając ogonki od gałązek. Wirują z wiatrem w powietrzu, to ich ostatni taniec zanim opadną na ziemię tworząc kolorowy dywan, przytulając się do siebie.
Poranna mgła, zostawiła na nich drobne kropelki. Czekam, aż wyschną i biorę parasol, który jest jak niebo. Ma na niebieskim tle obłoki.
Stoję z nim, rozłożonym pod drzewem i czekam na poryw powietrza. Chłopiec, który bawi się blisko zabiera go ode mnie, składa do połowy i wsypuje rękami do niego żółte talizmany. Podrzuca wszystkie w górę i cieszy się z tego spadającego na niego kolorowego deszczu.
Odbijającego się od jego głowy i ramion, z powrotem na ziemię. Parasol unosi się wysoko wyrywając się z ręki do nieba. Drzewo jest już prawie nagie, widać każdy jego szczegół w koronie. Brunatne zaznaczone linie gałęzi, widać go już w całej okazałości. To był klon jest jesieni najbardziej udanym dziełem. Zawarła w nim całą paletę barw i odcieni. On jest symbolem odzwierciedlającym jej kolorową sukienkę. Ona jest drobna i krucha jak te liście po, których bosymi stopami chodzi. W brązowych włosach ma kokardki z rudymi akcentami.

czwartek, 22 września 2016

Mgła

Po drobnym spadającym deszczu, miedzy skalistymi wnękami, pomiędzy kępkami mchu rozciągnięta była pajęcza sieć. Wisiały na niej duże i małe kropelki. Uginała się pod ich ciężarem. Przez, każdą z nich przechodziło, jak przez kryształ światło. W tym samym momencie urodził się chłopiec.
On leżał, teraz na suchych liściach. Był dzieckiem nocnej mgły. Ona sama, wyparowała wczesnym rankiem. Pojawi się, kiedy będzie mogła. Teraz obserwują go z drzew ptaki. Podszedł do niego zając, powąchał go i mruknął pod nosem
- on nie ma zapachu.
Zaczął się budzić. Wyprostował nogi, ręce wyciągnął w wzdłuż siebie. Ziewnął i podrapał się po jeszcze łysej głowie. Przetarł oczy, nad nim stało kilka zająców. Przysłaniały mu widok, który był za nimi. Matka mu opowiadała jaki jest las i żyjące w nim zwierzęta. On powstał z pary wodnej i światła księżyca. Dostał w darze od Ziemi ciało, ale ono nie było takie jak ludzkie. Bardziej przezroczyste, migotliwe błyszczało w czasie nocy. Zające, odsunęły się od niego, bo zaczął ciągnąć jednego, za długie białe wąsy. Usiadł i przytrzymał jednego mocno za ucho. Wyrwał się z uścisku jego małej dłoni i odskoczył. Pająk przyszedł zakłopotany. Nawet nie ma gdzie postawić suchej nogi. Pajęczyna jest cała widoczna, nikt do niej nie wpadnie, a nawet jak by to i tak się nie przyklei. Chłopiec wstał i podszedł do tego miejsca, z którego dochodził pajęczy płacz.
-Pomogę Ci, wypiję te krople z twoich sieci. Tylko jej nie porozrywaj proszę.
-Nie martw się jestem tak samo delikatny jak ona.
Tak też się stało, zające patrzyły z szeroko otwartymi pyszczkami, zdumione "to jakieś czary". Po chwili zauważyły, że z chłopca ust wystaje jedna pająka noga. Zadrżały, chwyciły się za ramiona. -Patrzcie!
Odezwał się jeden, niepewnym głosem, zjada biedaka!
-Kogo?
Zdziwił się chłopiec i poczuł dziwny ruch, jak by uszczypnięcie. Otworzył szeroko usta i pająk cały mokry od wody, spadł na ziemię. Pochylił się nad nim i go podniósł. Dmuchnął z całych sił pogwizdując przy tym i pająk się ocknął.
-Gdzie ja jestem? Co się stało?
Zające podskakując zbliżyły się do chłopca.
-Wszystko dobrze, pajęczyna jest cała, tylko ciebie wciągnęło razem z kropelkami.
-Dziękuję teraz mogę wracać na swoje miejsce.

Tęcza


Szczęście, gdzie się zaczyna twój początek, a gdzie koniec.
Widzisz tą tęczę nad tymi domkami. To ona powinna być twoim początkiem. A koniec? Co jest na końcu? Przejdź z jednego końca na drugi to zobaczysz. Spojrzała na nią, miała to coś w sobie co zachwycało, w każdym jej fragmencie. Patrzyła przez dłuższą chwilę, oświetlona wyglądała bajecznie. Może to ostatni moment, musi się pospieszyć, ruszyła w jej stronę. Zaczęła znikać powoli rozpraszać swoje barwy. Biegnąc do niej wyciągnęła ręce. Prawie chwyciła ja za jeden promień. Zaczekaj! muszę znaleźć twój początek. Tęcza ugięła się delikatnie w jej stronę i musnęła ją wszystkimi kolorami. Czujesz mnie teraz niewyraźnie, a kiedy dotrę do twojego wnętrza. W tedy odkryjesz szczęście, ale dopiero mój koniec znajdziesz w sobie. Poczuła falę ciepła rozchodzącą się się każdą komórką ciała. Ten wewnętrzny spokój, radość rozpromieniona. Zaczęła się kręcić na nakręcanym metalową spiralą bączku. Kolorowe jego ruchy zaczęły się łączyć, powstał melanżowy zawrót głowy. Jego obroty zlewały kolory w całość. Zawierał wszystko w środku, myśli biegały podskakując, tryskały dobrą energią. Rozlewały garnce z tą barwną cieczą, serce wypełniło się szczęściem.

środa, 21 września 2016

Łodzie

Łodzie zacumowane przy przystani.
Biało niebieskie, rzucają na wodę cienie.
Żagle mają poskładane blisko masztów.
Przepływająca motorówka, wzburzyła spokojną toń wody.
Duże silne fale uderzają w ich puste kadłuby.
Odbijają się od siebie, wydając głuchy stukot, ich pustych wnętrz.
Kołyszą się na prawo i lewo.
Chcą razem z tą popychaną siłą, dostać się na drugi brzeg.
Chroni je lina, która nie pozwala się im uwolnić.
Bez steru popłynęły by, wprost na skały rozbiją się i tonąc.
Przepływać, będą nad nimi tylko spokojne fale.
Nikt nie zauważy ich braku, zostaną wrakami w krainie wspomnień
Tylko Therafobia, ona jedyna marzy.
Ta niewielka łódka, o pełnym wypłynięciu na morze.
Jej stery są silne, czeka tylko na odpowiedni moment.




Straszny



Jaki on romantyczny, o czym teraz myśli? Wpatrzony w szara toń wody, czy fale go tak zauroczyły?
Obraca w moją stronę głowę, tak potrafi niesamowite. Parzy na mnie, ale czy w moje oczy, bo może kolorowa bluzka go zainteresowała. Taka niby nic, nie znacząca chwila, ale nie dla mnie. Potrafię się zachwycać nawet takim brzydalem, wzbudza emocje, odpychający i uroczy jednocześnie, ma coś w sobie.

Marchewka EKO


Ta marchewka bez napisu EKO
Wzbudza oburzenie, co to ma być!
Nawet nie może być wolna od chemii.
Faszerowana, przekarmiane, zmuszane do dojrzewania.
Żeby zdążyły urosnąć, takie doskonałe.
Bez ,,zębów,, robaka, tylko jej spróbuje, to niestety pada.
 Zachwycony ostatnim kąskiem w żuwaczkach.
Chwytam tą ekologiczną pomarańczową. 
Widzę, nakarmiła już nie jednego głodnego biedaka. 
Nie zjadły jej do końca.
Podzielą się ze mną tym smacznym zdrowym kąskiem.
Teraz wiem, że przyroda nie jest zachłanna.
Ona dzieli tak, żeby dla wszystkich starczyło.

Woda


Przestrzeń, ta wolna, przestrzeń wciągała jego w swoje ramiona.
Nie lubił się przytulać, ale odlatuje, unosi się nad taflą wody.
Pomiędzy falami, one są jak loki.
Podskakują swoim rytmem.
Jeden się unosi, drugi opada.
Zamieniają grafitowy kolor wody, załamuje cząsteczki światła.
Plusk wskoczyła dała nura woda się wzburzyła.
Odbita uderza delikatnie o skalisty brzeg.
Powoli wszystko ustaje.
To tylko mały kamyk, wrzucony do spokojnej toni.

Straż

Ochotnicza straż pożarna, gotowa do działania.
Stoi w remizie nie duży wóz gotowy do akcji.
Włączają jednym przyciskiem syrenę.
Zaczyna wirować turbina, na wysokim metalowym słupie.
Pomiędzy jej skrzydłami wylatują pióra.
Właśnie teraz, w tym momencie wróbel stracił życie.
Porozrzucane jego ciało, poleciało gdzieś na boki.
Nic po jego gnieździ nie pozostało.
Ona wyje dalej,ziemia się trzęsie.
Pali się krzyczą ludzie, a ja stoję z niedowierzaniem w oczach.
To był podwójny dramat ptaka i człowieka.
Po jednym został dym, a po drugim pióra.
Opadające równocześnie na ziemie.


wtorek, 20 września 2016

Błędy

Posprawdzam Ci błędy, ale nie pytaj jakie.

Wianek


Niosę dla Ciebie wianek
Sam go zrobiłam 
Z polnych kwiatów.
Zabrałeś ze sobą moją część
Pytam życie
Pytam śmierć
Milczą
Cisza 
Kurtyna opadła z szelestem
Siedzę sama
Z zapalonymi migotliwie światełkami
Koniec
Sztuka życia już się skończyła
Była idealna 
Wzniosła i wspaniała
Mój baracie
Nie z kości ani krwi
Na zawsze zostanę
Z wpisanym uśmiechem 
Na twojej twarzy
Już tylko w wyobraźni
Teraz widzę cię 
W czarnym garniturze
W snach 
Przytrzymuję cię za ręce
Zostań ze mną
Budzę się i czuję 
Twój ciepły dotyk 
W moich dłoniach.

poniedziałek, 19 września 2016

Wypisany

Wpisał mi się długopis, może to czas już przestać pisać?
Zmęczeni, zamęczeni czytelnicy już mają dosyć.
Ołówkiem dużo gorzej się piszę. 
Pozdrawiam moich czytelników.

Butelka


Pij do dna! Krzyknęła butelka do pijaczka.
Szklanka przechyla się coraz mocniej, bo sam utrzymać jej już nie może.
Pij do dna! aż na samym jej dole, ukarze ci się twoje życie.
-Jakie? Zapytał poważnym tonem pijaczek.
-Wypij to zobaczysz odpowiedziała butelka.
Pij do dna! za twój marny koniec.
-Jaki marny koniec.Jestem zdrowy, tylko trochę spragniony twojej zawartości.
-Pijesz wodę? zapytała butelka.
Nie potrzebuję w niej procentów.
Pij do dna! bo pijaczki zawsze mówią, że picie to nie ich problem, tylko butelki, bo to one mają w sobie procenty.

Beksa


Bekasa jak ja ciebie nie nienawidzę.
Wyciągasz te stare zdjęcia.
Oglądam wzruszam się a tobie ciągle mało.
Podsuwasz mi list, czytam go po raz kolejny bardzo uważnie.
Śledzę każdy jego fragment, dotykam charakteru pisma.
Jestem teraz blisko, napisał go do mnie, jego już nie ma.
Lecą mi po policzkach łzy.
Już nie pojedyncze całe potoki.
Za chwilę zrobi się rzeka i wypłynie do morza.
W nim utoną zapisane słowa.
Odpłyniesz stateczkiem, oddalisz się ode mnie.
Zostawisz mnie i zaczekasz, aż zamknę pudełko, które otworzyłaś.

niedziela, 18 września 2016

Sztuka


Nie uszyta na miarę dzisiejszych czasów.
Co to za sztuka? Dziwna i żyje własnym życiem.
Kto ją ma zrozumieć, tą ulotną przeżywaną chwilę.
Indywidualni umierają jako pierwsi.
Ten świat, on nie ma dla nich miejsca.
Wojna toczona pomiędzy kiczem, ona ma więcej żołnierzy.
Wygrywa zrzucając bomby, zasypując gruzami wrażliwość.
Odrzucenie to samotność, samotność to nie śmierć, to wieczne cierpienie.
Pomału umiera dusza, razem z nią umrze twórca.
Pozostanie po nim bursztynowe drzewo z woskiem na szkle.
Promienie oświetlą go i może wróci o nim pamięć, a może odejdzie na zawsze zapomniany.

Starość


Serce zrobiło się ciężkie, starość kamieniami je wypełniła.
Ściągnie mnie do ziemi, pochylam się nad nią, ale nie po to żeby się do niej modlić. Powoli się kładę, jak zmęczony życiem człowiek.
Ona ustępuje mi miejsce, posypuje płatkami róż, mały fragment ziemi, na którym spocznę.
Zapach unosi się blisko i latają dookoła trzmiele.
Wspomnienia, te ulotne przelatują mi przed oczami.
Jest cudownie unosić się jak w letargu, fruwam blisko ziemi.
Zadaję sobie pytanie, czy to już koniec?

Osiągnę już oczekiwany spokój, z życiem się pożegnam.

W obrazie


Zanurzyć się w farbie tylko palcami.
Dotknąć napiętego na blejtramie płótna.
Stanąć z nim twarzą w twarz i uderzyć ręką w jego środek.
Rozetrzeć wszystkie kolory tęczy, chwycić za pędzel.
Namalować czarne drzewo z podniesionymi korzeniami ponad ziemię.
Wybić je z kolorowej przestrzeni, domalować grubymi kreskami koronę.
Poprószyć zielonym mchem ziemię.
Kilka ich kępek zaznaczając ich obecność końcem pędzla.
Wyłonić z korony cienie, przysłonić leżące blisko kamienie.
Wpuścić pomiędzy światło i nadać całości głębię.
Zatopić się w niej i zostać w tym obrazie na zawsze.

Baletnica

Farba, która jest żywa i barwna, pomieszana z terpentyną, leży wyciśnięta z kilku tubek na drewnianej palecie. Pędzel leży obok, gotowy do połączenia płótna z farbą. Białego, bez wstępnego szkicu, czyste czeka na pierwszy dotyk. Zacznie się taniec, będą piruety, mocne uderzenia pędzla i subtelne rozprowadzenie kolorów. To nie będzie Tango, tylko balet, podniesie baletnicę wysoko. Smukła jej postać, przetnie pustą powierzchnię, zapełni nastrój. Akt uniesienia ponad przeciętność. Z najwyższą klasą na swoich stopach z gracją namaluje to uczucie. Jej wysiłki, wielogodzinnej pracy nad sobą, daje jej możliwość opadania niczym puch uniesiony przez podmuch powietrza wypuszczony z policzków. Ten przenikliwy dźwięk odbity od cząstek ciała odbije się na zastygającej farbie na płótnie.

sobota, 17 września 2016

Drzewa

Szumiał las, był to śpiew drzew, liście krzewów były ich wirtuozami. W starych konarach dzięcioł wystukiwał rytmy dziobem. Grube gałęzie skrzypiały, bez smyczków chcą zastąpić skrzypce. Wchodzę w jego głąb, zatrzymuję się na środku stoję i się rozgadam. Jestem teraz częścią tego małego zintegrowanego miedzy sobą świata. Czuję się ważna, jestem tu obca, ale stają się częścią tego otoczenia. Pochłonęło moją uwagę, przyziemne sprawy są zepchnięte na drugi plan. Wyczuwają moją obecność, dotknęłam stopami odkrytych korzeni na ścieżce. Nie poruszyły się, ale zapach jaki teraz czuję wiem, że sosna chce mi coś powiedzieć. Nie potrafię odczytać tej informacji. Podniosłam głowę w górę, przyglądam się jej korze, jest tak silna, pomimo tych szczelin pomiędzy, odcinkami. Wyżej ma mocne gałęzie, przypominają długie ramiona, na których są zabawne drobne gałązki z paluszkami. Igły to małe kolce, ale nie robiące nikomu krzywdy. Z następnym głębokim oddechem czuję, że się uspokajam. To świat jest najlepszy jaki znam. Równowaga między dobrem a złem jest zachowana. Nic tu nie jest odbierane na siłę, ani na zapas. Nie ma zachłanności jak w moim świecie, w którym egzystuje. Wszystko się toczy własnym rytmem, tracę poczucie czasu. Czuje się szczęśliwa, obcowanie z naturą jest odskocznią, od codzienności w inny wymiar. Spoglądam za siebie i wiem, że nie mogę zostać tu na zawsze. Chociaż czasami, tak bym bardzo chciała.

czwartek, 15 września 2016

Słonecznikowe dzieci.


Słonecznikowe dzieci.

Na długich i grubych do nieba łodygach z maleńkimi kolczastymi
włoskami, tak samo szorstkimi liśćmi w dotyku przypominały język krowy. Na samym szczycie tej tyczki był ogromny żółty kwiat z dojrzewającymi czarnymi nasionami. Głowa jego była zawsze skierowana w stronę słońca. Podążał za nim stojąc w ogrodzie przez cały dzień śledził jego promienie słoneczne, były odbiciem spadającego na nie ciepła. Żółte ich płatki świeciły jak promienie słoneczka. Podlewane woda z beczki rosły coraz wyżej i stawały się coraz większe. Strach na wróble stał z drugiej strony ogrodu. Ubrany w kraciastą koszulę i czarne spodnie z szelkami, był synem ogrodnika. Chodził latem boso, stał nieruchomo z rozłożonymi ramionami. Czekał tak długo, aż przysiądzie na jego ramionach ptaszek, żeby odpocząć. Czasami jak udało się mu podkraść kapelusz drzemiącemu dziadkowi pod snopem sina na polu. Wsypywał sobie na jego wierzch nasiona pszenicy i stał w tym nakryciu głowy, aż zlecą się ptaki z okolicy i wyjedzą z niego całą zawartość. Mama wołała przez otwarte okno z drewnianymi okiennicami na obiad. Często chodził głodny i jadł zimne posiłki Zanim doszedł do domu, śledził w trawie mrówki i podglądał pod spróchniałymi konarami przeróżne owady ze ślimakami, potrafił gonić motyle godzinami. Jeździł na drewnianej hulajnodze, biegał za nim jego przyjaciel pies, z brązową plamą na uchu.
Z żerdzi, która była bramą dla dużych zwierząt robił z koca na niej hamak. Ciepło w nim było i przytulnie. Bawił się często z innymi dziećmi zrywali dojrzałe główki słoneczników z pobliskiego pola i siedząc przy strumieniu na trawie, rozłupywali zębami te pyszne nasiona. Rozmawiali i śmiali się ze swoich przygód.
Siedząc pod krzakami malin marzył o tym, żeby stać się takim maleńkim jak te owady, którym tak chętnie się przyglądał. Spróbować chodzić ich ścieżkami, zaglądać pod mech do ich norek, tam niektóre mieszkają. Wspinać się na drzewa i nie czuć strachu. Latać jak mucha, która w kuchni grasuje po białym świeżym serze. Przeskakiwać jak pchała z kota na psa, one to dopiero potrafią ciekawe życie toczyć. Z tego zamyślenia wybił go obraz przelatującego ptaka. Trzymał w dziobie dużych rozmiarów owada. Wtedy spojrzał na to ich wspaniałe życie inaczej.

środa, 14 września 2016

W sieci


Wpadłam w bezbarwne włókna, przykleiły mi się do twarzy, pooblepiały ręce. Z każdym ruchem, jest coraz trudniej się ruszyć, zastygam powoli w miejscu w oczekiwaniu na pająka. W nadziei, że wpadnie lepszy kąsek zamykam oczy. Sytuacja zaczyna mnie przerastać, wiem co potrafi zrobić z ofiara ten, który zrobił te sieci. Podejdzie najpierw blisko, po tych niciach, na których nie ma klejącej substancji, a może skoczy. Coś wyczuwam to nie zapcha tylko lekkie drganie na drugim końcu, ten sam co splatał mi ręce. Z przymrużonymi powiekami, przez mgłę widzę go, ma takie strasznie długie czarne nogi. Wyłupiaste kuleczki skupione blisko siebie na środku głowy błyszczą przyjaźnie. Tak bym chciała, żeby nie miał złych zamiarów, ale jedzenie to jedzenie, krew, to krew, życie za życie. Zbliża się z ze swoimi szczękoczułkami. którymi potrafi przegryźć najtwardszy nawet pancerz..On ten samotnik, który kopie sobie nory i mają pion kształt teraz mnie pożre ciągnąc przez doskonale zamaskowany naziemny korytarz zbudowany z jego sieci. Jest już przy mojej twarzy, obserwuje, dotyka, mojej skóry, łaskocze chcę się podrapać ale nie mogę, śmiać też nie mam sklejona twarz. Co on teraz zrobi? Zastanawiam się i moje ciało zaczyna drgać jak mucha uwięziona bzyczy unieruchomionymi skrzydłami, odsunął się ode mnie, to nie te ruchy go zniechęciły. Pewnie nie potrafi zidentyfikować, co dokładnie wpadło w jego dostrojone jak w gitarze struny. Analizuje sytuację, zniszczona sieć z czymś w środku, próbować jak smakuje? czy może lepiej pomóc się uwolnić zanim umrze sam z wycieńczenia. Odwracam wzrok od niego, spoglądam na błękitne niebo z obłokami białymi, przelatują nad drzewami widzę jej fragmentami pomiędzy gałęziami. Szum drzew uspakaja mnie wewnętrznie. Odejdę w bólu, cierpieniu, od jego jadu, nastawiam każdą cząsteczkę ciała na przyjęcie ostatniego ciosu.Wyłączam bodźce nerwowe, blokuje je w umyśle. Przynajmniej tak bym chciała się znieczulic w momencie, kiedy mnie zaatakuje. Zamiast mocne ukłucia czuję,ze tak mocno związane sznury zaczynają się powoli rozluźniać z uścisku śmierci.
Pająk, który miał się stać moim oprawcą teraz mnie uwalnia. Wypuszcza z tej uwięzi, chce mnie wyrzucić jak coś zbędnego i niepotrzebnego, jestem prawie wolna. Jeszcze kilka poplątanych nici jemu pozostało. W końcu jestem wolna, spoglądam na pajęczynę jeszcze raz, ale jego już tam nie ma. 

wtorek, 13 września 2016

Wiedźma


Starucha, która dawno zaczęła przypominać bardziej rodzynkę na twarzy niż człowieka. Miała mocno wyłupiaste ślepia, na które spadały ciężkie ze starości powieki. Ona z potarganymi do ziemi włosami i starym szczurem z parchami na nosie, nosiła go na ramieniu. Notowała, coś na starych kawałkach kory. Zamiast kałamarz miała z muszli ślimaka, pisała poszarpanym gęsim piórem. Powykrzywiany drewniany stół, z dziurami od korników i plamami od resztek jedzenia. Uginał się pod ciężarem jej opierających się o niego ramion. Pismo jej było okropne, nieczytelne, trudno było się domyślić co napisała przypominało bardziej bohomazy niż litery. Miała w tej starej dębowej chacie z dachem pokrytym mchem i gałęziami z drzew iglastych, okna, które nie miały szyb, przypominały tylko wielkością maleńkie kratki. Narzekała, że pisanie jej nie wychodzi, tak jak by chciała, zgonić winę na powykręcane reumatyzm ręce i panujący w izbie brak światła, żaliła się nad swoim losem. Świeca, którą zapalała, była stłumiona czernią pochłaniającą, każdą jej jasną drobinę. Troll, którego schwytała dawno temu, przypominał teraz obrośnięty mchem w połowie kamień, od brudu i skrawków porozcinanych kawałków wiór, lecących w czasie obierania pieńków z zewnętrznej części kory. Siedział skuty łańcuchami na drewnianym krześle poskręcanym sznurami. Potrzebowała go, podsuwała mu te fragmenty zapisanej kory do rozszyfrowywania tego, co miało przypominać pismo. On się szarpał w wielkich cierpieniach. Te zapiski parzyły niczym spadające na jego ciało katusze. Troll pomimo swojej tajemnej wiedzy, nie potrafił się przed tym obronić. Starucha widząc, że zaczyna się ociągać czytając na cały głos wypuszczała szczura, żeby go po rękach i nogach kąsał. Wykrzykiwał coraz głośniej, każde słowo, podkreślając w tym fragmenty zdań nie do zrozumienia. Wychodził z tego drażniący bełkot, denerwujący stare przy głuchawe uszy wiedzmy. Potrząsając głową w prawo i w lewo zatykała, klapiące małżowiny pustymi plastrami miodu. Nie wytrzymała, po raz kolejny tych nieznośnych zachowań trolla. Chwyciła kaganek, w którym przechowywała atrament i chlusnęła nim wprost na otwarte ust. Zachłysną się nim, zaczął donośnie kaszleć i kiedy już opanował oddech, usta zakleiła mu gorycz wypływająca z granatowej cieczy. Zapanowała przenikliwa cisza. Szczur cofnął się od ciała biedaczyny. Ciężkie łańcuchy, którymi miał zapięte ręce poruszyły się w górę, pochylił niżej głowę, bo łańcuchy były bardzo krótkie, przetarł twarz z gorzkiej mazi. Spojrzał na nią z niedowierzaniem. Jesteś okrutna wrzasnął wykręcając się w drugą stronę, żeby już na nią nie patrzeć. Jestem tu tyle czasu, a ty znęcasz się nade mną. Moja zła natura obudzi się i uwolni mnie z tego piekielnego miejsca. Nie doczekasz się powiedziała starucha z przekąsem.
-Kiedyś umrzesz ty stara wiedźmo, z tym twoim garbatym podkurczonym, szczurem. Pochowają was w jednym wykutym w skale grobie, bez trumien. Drzewa, które będą obrastać wasze wyżłobione w skałach przykryte kamieniami sarkofagi, powykrzywiają swoje korzenie w kształt czaszek. Będą waszymi medalionami, potworności wasze, będą tego symbolem. Wylewające się słowa z tymi resztkami smaku goryczy, który miał pomiędzy zębami. Szczur wyobraził sobie ten grób i siebie pochowanego na wieki z wiedźmą. Pobiegł w jej stronę schował się w jej strączkowych długich dredach, zwisających blisko skóry. Miał tam uwite z nich gniazdo. Odór z jej ciała, bo od wielu lat się nie myła, był mdły i unosił się na całą izbę. Spojrzała na trolla, odwróciła się do niego plecami. Nie miała ochoty wyobrażać sobie obrazu jej marnego końca. Rozpalone palenisko buchało ciepłem i podgrzewało ogromny sagan wiszący na grubych metalowych prętach. Kucharką była słabą i sama nie wychodziła po składniki do gotowania. Gubiła się pomiędzy krętymi ścieżkami zwierząt. Wyjątkowo nie znosił jej las, przysypywał sosnowymi igłami jej ślady. Mrówki, które nosiły resztki martwych owadów i szczątki roślin, traciły orientację wyczuwając jej zapach, w momencie kiedy przechodziła obok. Nie mogła na nie liczyć, patrząc w którą stronę jest mrowisko, za każdym razem biegały oszołomione i zdezorientowane. Ona też nie wiedziała, w którym powinna iść kierunku. Wysyłała dlatego swojego podopiecznego gryzonia. Przynosił w pyszczku niewiele, ale zawsze starczało. Uszyła mu z resztek starych płócien mały woreczek, w których nosił większe zdobycze. Dorzucała do tego wywaru codziennie coś nowego, tym razem były to czerwone muchomory z robakami siedzącymi na jego kapeluszu i wyjadającymi piękne okrągłe dziury. Mruknęła pod nosem jakieś zaklęcie. Teraz będzie zupa z muchomorów, dorzuciła jeszcze dwie jaszczurki i kilka karaluchów. Złapała je w nocy na ubitej ziemiance, przechodziły obok jej siennika. Nie rozboli ich brzuch zastanawiał się zaglądając zza kilku włosów do kotła szczur. Potrawa była gotowa, po dwóch godzinach mieszania i unoszenia się gęstej pary. Nabrała gorącą jeszcze strawę na drewnianą łychę i podeszła z nią to trolla. Otwórz swoje wrota z kratami, będzie jedzenie. Wystawił tylko ogromny czerwony jęzor i zachichotał. To jest mój most zwodzony, nalej na niego te więzienne pomyje. Pierwszy raz zrobiło się jej go żal. W jej oczach zobaczyć można było wspomnienie z czasów, kiedy była dobra. Przeleciała jej przez głowę myśl. Może jednak Troll zasługuje na coś więcej od życia, powinna go uwolnić. Ma gdzieś tam w głębi lasu dom, może ktoś tam na niego czeka?
Spojrzała w misę, w której miała wodę, ujrzała siebie i wykrzywiła twarz w grymasie. Teraz jest stara, powinna wygrzewać swoje stare kości na słońcu, cieszyć się tym czasem, który jej pozostał w zamian za to ma trolla i parchatego szczura. Zadała sobie pytanie czy to już czas, zapisać ostatnie myśli? Muszę podjąć decyzję powiedziała na głos. Zniecierpliwiony ogoniasty machał wąsami z zaciekawieniem, co powie i łaskotał ją nimi po policzku. Wytężała wszystkie mięśnie, powstrzymując uśmiech. Z powagą w głosie i spokojem, co było do nie wręcz niepodobne. Oznajmiła
-uwolnię cię trollu.
Nie zdążył nic powiedzieć, jego łańcuchy się rozpięły i spadły na ziemię z metalicznym dźwiękiem. Otworzyły się drzwi, możesz już iść. Z wielkim trudem w milczeniu wstał. Była już ciemna noc, świecił tylko księżyc, rogalik o szpiczastych końcach. Widział jej bladą postać w jego blasku, zauważył też, że ona powoli odchodzi w swoich starych łachmanach z przytulonym do piersi szczurem. Pochylił się nad nią, zdążyła tylko wyszeptać- dokończ moją historię. Przegarnął po niej ubranie w nadziei, że znajdzie tam szczura, ale on już zdążył uciec przez otwarte drzwi. Spojrzał na stół, te kawałki kory, których nie mógł tak długo odczytać zamieniły się w pięknie napisane pismo. Usiadł i zaczął czytać, to co kiedyś było niemożliwe. Serce mu prawie pękło, były tam informacje o zwierzętach i ludziach o wszystkim dotychczasowym świecie. Oparte na niesamowitych historiach, ona była uboga ciałem, ale miała piękne wnętrze. Zrozumiał to dopiero po jej śmierci. Wziął do ręki pióro i zamoczył w ślimaczej muszelce na koniec podpisał się za nią -Huldra

Pudrowa róża


Róża przybrała kolor pudru.
Jej aksamitne płatki, są bardzo drobne.
Odsłonięta na spadające krople wody, zostawiła je na sobie.
Promienie światła przenikały przez szklane połówki.
Romantyczna poświata, błyszczała diamentowym tonem.
Wilgotne powietrze, utrzymuje ją w tym stanie na dłużej.
Łodyga zielona, jest kontrastem, ma duże zakrzywione kolce.
Liście gładkie z mocno zaznaczonymi konturami.
Cała ta roślina wczepia się korzeniami, w nawilżoną deszczem ziemię.

niedziela, 11 września 2016

Słowa mistrza


Chciał, żebym spróbowała czegoś innego. Spojrzałam, na tego wysokiego siwego mężczyznę, który poświęcał mi tyle swojej uwagi. Dzieląc się ze mną swoimi doświadczeniami, z cierpliwością wyjaśniałam tajniki sztuki rysunku i malarstwa. Z czarną teczką i nowymi szkicami pachnącymi jeszcze fiksatywą, chodziłam na korekty. Zamyśliłam się przez chwilę. Pewnie zaraz powie, że mam szkicować architekturę, której z resztą nie lubię. Wyciągnął z szuflady biurka kartkę z uśmiechem.
- Weź udział w konkursie, tu masz adres strony.
- Jakim konkursie?
Zaczęłam już mieć przed oczami wizję tematów, a tu nagle padło hasło - literackim.
- Jakim?!
Powtórzyłam z niedowierzaniem w myślach to co słyszę. Przed oczami ukazały mi się moje kartkówki, które zawsze przez całą szkołę podstawową, były z negatywną oceną. Świeciły się na czerwono od podkreślanych błędów jak znak ostrzegawczy, a ja miałam pisać? Na mojej twarzy pojawił się smutek z zakłopotaniem. Ten temat jest już dla mnie dawno zamknięty. Błędy, utrudniały mi zawsze życie. To przecież przez nie musiałam jako ostatni rocznik zdawać ustną maturę. Ja mogę zagadać człowieka na śmierć, ale nie pisać. Już dawno pod błędami poległam, zamknęły mi drogę na studia, odbierając punkty. Jak zawsze jego wiara w moje możliwości, była silniejsza od jakichkolwiek moich słabości czy argumentów. Nie uznawał słowa nie. W tym przypadku słowo nie, nie istniało. Miałam chociaż spróbować i napisałam, następne też małe, nie utwory, tylko literackie potworki.
- Mistrzu jak Ci się podoba, to co czytasz?
Odpowiedz była prosta.
- Może lepiej już nie pisz... 
Odpowiedziałam.
- Wiem, że są słabe, ale jest już na to za późno. 
Otworzył szeroko oczy ze zdumienia, oczekiwał chyba innej odpowiedzi.
- Dlaczego to mówisz?
-Bo zaczęło mi się to podobać, to co nie powiem na głos przekażę na papierze. Można fantazjować i poszukiwać. Zaglądać w głąb siebie.
Przy okazji jeszcze dowiedziałam się od rodziny, że mój dziadek, który opowiadał mi bajki przez siebie wymyślone i recytował "Świteziankę" z pamięci, pięknie deklamując, słuchałam go podziwiając jak on potrafi się wczuwać w atmosferę tamtego wiersza, wyobrażałam sobie każde zdanie.
Przy okazji dowiedziałam się o historii dziadka, która miała miejsce w czasie wojny, podczas kopania rowów pod kable elektryczne. Był w tedy bardzo młody, znalazł gdzieś w stodole maszynę do pisania. Nie wiedział, że za pisanie wierszy może stracić życie. Było blisko, bo nie znał na tyle języka oprawców, żeby wytłumaczyć co napisał. Babcia go uratowała znała ich mowę, wyjaśniła, że to tylko wiersze.
Jego utwory, nie przetrwały do moich czasów, Coś mnie jedna pociągnęło w stronę pisania pomimo błędów. Może to namiastka talentu po dziadku, która nigdy nie została zrealizowana i spełniona.

piątek, 9 września 2016

Kłótnia

Przygniotła mnie prawda, taka płynąca prosto z serca. Podle tylko została przekazana, podcinając mi przy tym nogi. Przewróciła się nie po raz pierwszy, tym razem na skały. Leżę na nich z ogromnym bólem w ręce. Zimne fale podmywają mi stopę, ale ja tego nie czuję. Nie mogę się podnieść, wyczuwam tylko zapach ohydnego mchu roztartego na skałach. Moja druga połowa, ta która powinna być lepsza, okazuje się, że ma dwie twarze. Dwulicowa poczwara z niego wychodzi, z poobgryzanymi palcami, znudzona tym co robię, wyrzuciła całą swoją niechęć i odrazę na mnie. Co się tak patrzysz!- krzyknęłam do niej. Jesteś zadowolona, że jestem teraz wtopiona w te głazy, nie zostanę częścią tego krajobrazu. Nic nie odpowiedziała, zawołała tą drugą, żeby się tłumaczyła z tego co właśnie zrobiła. Ja jak tylko opanuję ból cielesny, wstanę i dopiero jej pokaże, co potrafię. Wcisnę ją w kąt, ale nie z powrotem do jego wnętrza. Zamknę, ją osobno, żeby już nigdy więcej mnie nie krzywdziła.

czwartek, 8 września 2016

Zakupy

Zanim następnym razem zapomnę, co mam w sklepie kupić zrobię zdjęcie otwartej lodówki. Zabiorę kartkę i ołówek, zrobię mapę z ciekawą historią, żeby pomiędzy regałami się nie zgubić. Poczytam etykiety, bo to ważne co mam podać do jedzenia dziecku. Wybiorę tylko te gdzie jest najmniej w składzie E z przypisanym numerkiem. Zajmie mi to trochę czasu, ale przynajmniej postaram się rodzinę zdrowo nakarmić. Sprawdzę czy to już wszystko, bo z ciężkim koszykiem w ręce, bo przecież miałam kupić tylko kilka rzeczy, ciężko się po dużym sklepie chodzi. Kiedy dotrę do kasy odwrócę wzrok od regałów ze słodkościami. Nie będą mnie kusić, żebym w staniej chwili dorzuciła coś na taśmę. Kiedy już zapłacę i spakuje wszystko do torby, po drodze będę się modlić, żeby starczyło mi sił na zaniesienie tych zakupów do domu.