czwartek, 18 sierpnia 2016

Smoczki

Skłonna do przesady, mała istotka nosiła pięć smoczków w obu dłoniach. Zła czarownica spaliła, je na jej oczach w piecu, bo nie chciała się z nim rozstać. Miała kilka lat i nie była gotowa oddać jednego, a co dopiero pięciu. Straszna tragedia się stała, spłonęły pocieszacze. Ręce zostały puste, z
pozostał smutek i rozczarowanie. Pierwsze złe doświadczenia, zostały zebrane.

Sukces

Kto Cie ma zrozumieć, kiedy nie rozumieją weny i targającej nią duszy. Człowiek jest kruchy, uzdolnienie to przekleństwo. Rozsypuje wiarę w siebie w drobny mak. Ciężko jest się pozbierać, sukces dla jednych, nie koniecznie jest sukcesem dla siebie samego. Ciągły wyzwania weny męczą i dręczą. Podnosi ciągle poprzeczkę-krzyczy skacz wyżej i wyżej! Nie spoczniesz na laurach, ja Ci to zapewnię. Dyscyplina artystyczna, dla umysłu to ciągłe ćwiczenia. Wena z gwizdkiem na szyi komendy przesyła, dla oka patrz uważnie, skup się bardziej. Co znowu z tą ręką, jak prowadzisz ten pędzel? Popraw trochę chmury na malowanym obrazie, daj więcej białej farby. Do mety daleka droga, warto jednak z pucharu sukcesu wypić, chociaż jednego łyka.

Czarno-białe

Wszystko jest czarno białe, na szczęście tylko na starej fotografii. Pomiędzy różnymi odcieniami tęczy, toczy się życie pełne odcieni. Słońce wkrada się z promieniami wszędzie, gdzie jeszcze jest odsłonięte miejsce. Zanim cień przysłoni swoje zakątki. Ono ogrzeje naświetli, doda energii. Świat kontrastów jest pełny, ale kolory, one są jedyne w swoim rodzaju. Niepowtarzalne ulotne, paleta barw jest jak skrzynka malarza z tubkami farby. Pozostaje tylko je mieszać i na obraz nakładać. Bez wstępnego szkicu rozcierać pędzlami, szpachelką drapać, kształty im nadawać. Farba z każdą minutą wysycha i zatrzymuje kolor w ryzach. Zastyga w niezmiennej postaci. W naturze wszystko płynie, nie zatrzymuje się na długo czyby, że są to skały i kamienie.

Niedoskonałość

Niedoskonałość stanęła przed lustrem. Krytycznym okiem zerka w swoje odbicie w lustrze. Jak na nią przystało dumna zaczyna robić poważną minę. Mierzy się od góry do dołu, niewidzialną miarą. Pochyla się nad stojącą obok pułkom i coś notuje. Zapisała sobie co musi w sobie poprawić, jest despotyczna i nieugięta. Wyznacza nowe cele, schematy stare próbuje zmienić. Bez skutecznie nie akceptując siebie, chce być idealna. Nie uznaje wad, nie dopuszcza myśli, że każdy je ma, mniej lub więcej. Nauczyła się żyć w zakłamanym przekonaniu mediów, że wygląd jest najważniejszy. Starzenie się nie jest w modzie, ciało ma być idealne na pokaz. Próżność zaciera ręce, będzie mogła z niedoskonałością porozmawiać o tym i tamtym. Tak naprawdę o niczym wartościowym, ona nic do życia nie wnosi.

Pada mżawka


Demon

Biała kartka będzie moim spowiednikiem, pierwsza zapisze te słowa. Ustami obdaruje długopis będzie pisał co mówię w języku liter. Ma dużą odpowiedzialność ze zrozumieniem, przelać potokiem myśli wzburzonych trudna do opowiedzenia prawdziwą historię. Kiedyś wewnątrz wywoływała przywołana burzę. Z każdym rokiem ucicha, wiatr się osłabia, czas zastyga, dynamika zdarzeń jest coraz wolniejsza. Zanim zapomnę, bo szufladki się zatrzaskują, przekażę tylko namiastkę zdarzeń tamtego letniego wieczoru.
W normalnym na pozór człowieku, obudził się dziki demon. Wyglądem człowiek, wewnątrz szalała bestia. Trudno opisać co w nim szalało, może on nawet tego nie widział, zamroczony trucizną jaką wydzielał potwór. Skłonne to było wyłączyć uczucia, ludzkie odruchy podeptało, każdy skrawek człowieczeństwa podarło i porozrzucało. Demon potwór ludzkimi rekami uderzył. Nie był to cios z otwartej dłoni twarz, użył do tego pięści. Rosły mężczyzna miał na tyle dużo siły, że zatoczyła i nie mogąc utrzymać równowagi osunęła po ścianie. Nic nie poczuła, na chwilę przed oczami zrobiło się ciemno. Kiedy wróciła pełna świadomość zorientowała się co się stało zdjęła z nosa okulary. Świadomość co byś się stało gdyby, była uderzana z nimi na twarzy. Nie zdążyła się podnieść, w tedy poczuła na swoim znieczulonym ciele mocne uderzenia po plecach i nogach. Schowała twarz w ramionach. Szarpnął ją za włosy i zaczął ciągnąć po blisko stojących schodach. Widziała jego twarz, nieobecną w szale w oczach. Demona odbicie błysło mu w oku, teraz zrozumiała, że to nie on. Tato nie bij mnie, słyszysz, tato! Powoli odsunął ręce, mogła wstać i sama przejść do pokoju. Słowa, które wypowiadał były z jego wnętrza oskarżające, za wszystkie jego niepowodzenia. Jej wina za jego nieudany związek i tą trwającą sytuację. Gdyby nie powiedziała dziadkowi, że nie kupuje chleba, to by jej w tej sytuacji nigdy nie było. Demon by też nie poczuł głodu zemsty, za cały życia ból i rozczarowanie. Wyżywał się teraz niczym kat na niej. Zanim zamknął drzwi za sobą powiedział, że kiedy wróci to dokończy, to co zaczął. Nie może wyjść, bo obiecał, że ją znajdzie i zabije. Zaczęło brakować jej powietrza, wrażenie, że się dusi przenikało wnętrze. Chciała uciec przez okno, po którym do pierwszego pietra pięło się stare przedwojenne winogrono. Nie czuła się tam bezpiecznie, bo kiedy wróci, lepiej tego nie sprawdzać, nie czekać. Uciekać tylko jak, może przed dom, tylko dokąd, kto ją ochroni. Własny ojciec skatował jej ciało. Ciąg zdarzeń zagra na jej korzyść, przyjdzie wybawienie. Dziadek kochany, który z tęsknoty będzie chciał na pożegnanie się  powiesić. Wszedł do pokoju przytulił, sam w jej obronie miał poobijaną twarz. Jedyne co zabolał ją najmocniej, to jego słowa i smutna twarz. Rodzina ją zabrała do innego domu. Z daleka od tyrana, ale jej krzyk ściany słyszały, okna widziały, co robił ojciec kat. Nie mogą tego udźwignąć, ze ścian zaczął obsuwać się tynk. Opuszczone wieje od ich wnętrza strachem i chłodem. Wszystko jest zniszczone demon lubi takie miejsca. To jest jego pieczara, osiągnął swój cel. Pustka przenikliwa skrywa tamto zdarzenie, ona nigdy już tam nie wróciła. Rodzinny dom, miejsce z którego pochodzi jest niedostępne. Wspomnienia o ojcu po tylu latach, robią się słabe. Tak jak jego ciało nie ma już tyle siły, żeby ponownie uderzyć. Demon jest teraz powoli opuszczany bezsilny, może obróci się w gruz jak ten dom, w którym mieszka.

wtorek, 16 sierpnia 2016

Karawan

Śmierć przychodzi i zaraz zamawia sobie samochód, duży wan jest odpowiedni do jej usług. Czarne zasłony skrywają drewnianą osłonę, przed ostatnim podmuchem powietrza i blaskiem naturalnego światła. Jedzie nim na miejsce spoczynku. Czarna postać nie jest szoferem, bladą twarz przykrywa woalką, kościste ręce ukrywa pod białymi rękawiczkami. Patrzy na wszystko z boku, jest zimna i bezwzględna. Czas też przyszedł na niego, spotkał go inny koniec, już nie był jej potrzebny, zamieniła go na lepszy model. Stoi na poboczu porzucony wrak samochodu, widok nie jest przyjemny, wzbudza dużo emocji. Odrazę, smutek, strach przed śmiercią. Ona w nim nie jedną duszę przewiozła. Powybijane ma szyby, ale zasłony zostały rozsunięte, widać jego wnętrze. Przywraca wspomnienie korowodu ludzi idących za nim i niosących kwiaty, wieńce. Ostatniego pożegnania, emocje ludzi na tym wraku pozostały. 

niedziela, 14 sierpnia 2016

Pchła

Co to kogoś obchodzi, co jadła dzisiaj mała pchała na obiad. Na jakiego kota wskoczyła i kropelkę krwi mu upiła. Niewiele narobiła mu kłopotu, trochę skocznymi ruchami między sierścią się po przeciskała. Spadła na przystanku z jego ogona, bo zobaczyła psa bez obroży. Smaczna była z niego kolacja. Teraz śpi sobie na jego grzbiecie. On już się nie drapie, tej nocy będą spać razem.

Diament

Mała postać, chuda w brudnym ubraniu z umorusaną twarzą, w dziurawych trzewikach, stoi przed witryną sklepową. Pochylona z ręką w kieszeni, coś w niej ściska. Jest chłodno zbliża się wieczór, powinna wracać do domu, ale tam nikogo nie ma. Została sama z tym skarbem w kieszeni. Puste ściany z wystającymi gwoździami, przypominają tylko obrazy, które kiedyś tam wisiały. Odsunięte krzesło od stołu, pamięta jeszcze ciepło siedzącej na nim osoby. Pomieszczenie napełnia się chłodem i pustka zaczyna się rozbierać z płaszcza, zdjęła kapelusz i buty. Przyszła pierwsza, zanim dziewczynka zdążyła wrócić, będzie na nią czekać, teraz ona tu zamieszka. Zimna odpychająca, na samą myśl o nie robi się nieprzyjemnie. To nie jest dobre miejsce, dla zaniedbanego dziecka. Potrzebuje ciepła matki, troskliwego ojca, rodzeństwa, z którym może się pobawić. Sąsiadów z ciepłymi uśmiechami na twarzy. Ich już wszystkich nie ma, jest opuszczona, jak to miejsce, w którym wcześniej mieszkali. Dziewczynka zrobiła krok do przodu, musi iść, jest zmęczona i głodna. Położy się w łóżku, chociaż na jedną noc, zanim nie znajdzie swojego przeznaczenia. Pustka ją ogranie i pocałuje w czoło na dobranoc. Z nadzieja na lepsze jutro zasypia. W śnie wracają ostatnie chwile z najbliższymi. Wszyscy przytuleni do siebie, nie chcą się rozdzielić, ale czas działa na ich nie korzyść. Na schodach słychać krzyki i płacz dzieci. Nie ma czasu na pożegnanie, rodzice ją odpychają i każą szybko się ukryć. Wyciąga do nich jeszcze ręce, ale musi się schować. Oni są zabierani z domu, przez obcych dla niej ludzi. W ostanie chwili, zanim znikną za drzwiami. Ojciec ukradkiem rzuca w jej stronę świecący, szklany niepozorny kamień. Kiedy krzyki i płacz ucichły, a wiatr wpadł przez otwarte okno, ona wyszła schowana za wewnętrznej części szafy. Była to skrytka tajemne miejsce, jej azyl i bezpieczeństwo w jednym. Podniosła błyszczący kamień i mocno przytuliła do siebie. W tym jednym kawałku, było wszystko co miała. Mogła, go sprzedać cenny klejnot zapewnił by jej stabilizację i bezpieczeństwo. Obudziła się pustka siedziała przy niej na łóżku. Musi podjąć decyzję co zrobić z diamentem, który dostała i jedynym, który jej pozostał po najbliższych osobach.

czwartek, 11 sierpnia 2016

Wyobraźnia

W codziennej powierzchowności, trudno jest zadowolić wyobraźnię. Nudzi się i marudzi, że wypiłaby kawę z ciekawa nutą wrażeń, żeby się obudzić. Brakuje jej burzy myśli z porywem wiatru. Chce się wyrwać z czterech ścian i uniesie wysoko w przestworzach. Z głową w chmurach pomarzyć, oderwać się od codzienności. Wrócić na ziemię i po ugniatającym się runie leśnym spacerować. Zamienić ogromne kamienie, w miękkie siedziska. Usiąść wygodnie i obserwować, ciekawą, niepowtarzalną stronę natury. Życie tętni na jej łonie, tu robaki, a tam goniące je ptaki. Wszystko to, zamienić na niepowtarzające się obrazy.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Gołąb na dworcu

Pomimo, że ma skrzydła, może latać gdzie chce- wolny, może jeść co chce. Zbiera odpadki, okruszki, smak ziarna zna tylko z bułki. Pewnie wykluł się na dworcu i nie zna innego życia. Przeszedł pod ławką, brudny ma dziób. Ludzie go przeganiają,  on na jednej nodze, chwilę tylko odpoczywa, do następnego przyjazdu pociągu.



Nad chmurami